tel - +48 502 822 933
email - m_chojecki@o2.pl
Skype - m_chojecki
Rozmowa odbyła się 3 kwietnia 2009 roku w pracowni Koryto na ASP. Po jakimś czasie do dyskusji włączył się Jakub Turczyński.
Przyszedłszy do pracowni Błażej dokładnie obejrzał wszystko dookoła. Zwracał uwagę na reprodukcje wiszące na ścianach i drzwiach, na cytaty, które towarzyszą nam, wisząc w różnych, często niecodziennych miejscach.
Włączyłem butlę gazową i nastawiłem kawę.
I
Błażej Ostoja-Lniski: Nie boisz się z tą butlą?
BO-L: Wybuchnie…
BO-L: O Jezu. Ale to jakiś staroć. A jak ją napełniasz?
II
BO-L: Najważniejsze jest dla mnie poszukiwanie punktów odniesienia, środków plastycznych, aby forma zbudowana poprzez kolor wyrażała ideę. Ciężko byłoby mi malować bez niej ? owej idei. Częstokroć pojawia się coś nowego w trakcie malowania i otwiera nowe ścieżki. Dla mnie najpierw CO, a potem JAK. Gdy mam w głowie pomysł na obraz, to potem szukam odpowiednich środków, aby jak najlepiej wyrazić ideę. Szukam nowych środków, one zmieniają też punkty odniesienia, które z kolei nadają różne znaczenia. Ja jestem w malowaniu bardzo uporządkowany, nie pozwalam sobie na otwieranie nowych ścieżek w czasie budowania obrazu.
BO-L: Tak
BO-L: Na początku rysuję. Gdy jestem pewien, że forma jest już wystarczająco sugestywna w szkicu, to przenoszę ją na obraz. To nie jest tak, że tylko kratkuję płótno i kopiuję. Rzeczywiście, czasami tak się zdarza, że w sposób dosłowny przenoszę ją na płótno, ale później ciągle interesuje mnie dopełnienie jej poprzez kolor.
(?)
BO-L: Wczoraj byłem na wystawie Tarasewicza, która strasznie mi się podobała (Leon Tarasewicz: 2009-04-02 – 2009-04-25 – Galeria ArtNewMedia, artnewmedia.pl). Dla mnie to już typowa opowieść o kolorze. Już niezależnie, czy to byłyby kółka, kwadraty czy piony… Jest to ciągle szukanie nowego ?wnętrza” dla koloru, ?architektury” do koloru.
(?)
BO-L: Sam proces malowania i w ogóle tworzenia, nie jest jednak taśmociągiem. Nie jesteśmy rzemieślnikami. Możemy iść do pracowni i nie robić tam nic. Ale to krążenie wokół sprawy, to jest ważne. Bo obraz rodzi się w głowie. Płótno to jest już ostateczność.
Częstokroć nie chcę malować. A czy komukolwiek się chce w ogóle? (śmiech) To jest upiorna sprawa, strasznie męczące. Po trzech godzinach kładę się i śpię następne trzy godziny, aby odreagować. Nie to, że nie lubię, lubię malować. Często gdy obraz, który mam w głowie, ma zaczątek na płótnie, obmyślam potem przez następne pół roku. Bo idea, myśl, została już wyrażona. To już jest. Kwestia później penetrowania tego, sprawdzania różnych wątków, na ile można to dociągnąć, aby nie rozpadło się i nie pękło. To jest ryzyko, a ja zdaję sobie sprawę, że jestem słabym ryzykantem. To jest wszystko tak troszeczkę na 70%. Dlatego przeskakuję do kolejnego obrazu, wątek który rodzi się w trakcie wolę przenieś na inne płótno, niż dogryzać się do drugiej ścieżki i rozstrzygać go na tym, co już mam. Jest walka w głowie i na płótnie, z tym co jest nowe i z tym co już mam.
BO-L: Raczej z takich powodów organizacyjnych, porządkowych. Ja mam konstrukcje do schnięcia obrazów, raz ktoś zahaczył i cała konstrukcja się zwaliła. Obrazy schną poziomo, mam cały system schnięcia tych obrazów, a nie jest to duża przestrzeń. Całe mieszkanie jest jedną wielką pracownią. Lubię natomiast odwiedzać pracownie kolegów malarzy, to mnie napędza bardzo.
BO-L: To proste, zazdrość, typowo ludzkie.
BO-L: Nie, zazdroszczę, że ja tego nie zrobiłem! Każdy tak chyba ma, że idziesz na dobrą wystawę i myślisz, dlaczego ja nie mam takiej wystawy?
BO-L: Zgadzam się z tym, to przestaje być już tylko twoje. Na tej samej zasadzie właściciele budynków na Krakowskim Przedmieściu mogliby wyjść i je podpalić. Nie na tym chyba rzecz polega.
BO-L: Nie, raczej na ile ty to wartościujesz?! Myślę, że o to chodzi. Bo ziarnko piasku może mieć taką samą wartość jak Pałac Kultury.
BO-L: No tak, ale musi być powód do tego, że malujesz. Jaki jest powód?
BO-L: Ja rozumiem. Ale namalujesz, skończysz. Musi to czemuś służyć.
BO-L: Nie jesteśmy przecież historykami i krytykami.
BO-L: Konfrontować.
BO-L: Ważność obrazu ?później?, jest już od ciebie niezależna. To jest już cała machineria.
BO-L: Tak, miałem taki rok…
BO-L: Ja bym tak do tego nie podchodził. Na pewno bym ich nie zniszczył.
BO-L: śmiech Bo bym się popłakał chyba. Ja bym się z mostu rzucił. Po tym jak włożyło się tyle emocji, serca w to? Wiesz, wyjeżdżam na dłużej, zamykam mieszkanie i już po pięciu metrach od drzwi mam fobię, że zaraz będzie albo włamanie, albo sąsiad mnie zaleje. A już nie daj Boże, jadą te obrazy gdzieś na wystawę. Przychodzą goście, podchodzą do płótna… A dbam o płaszczyznę… A gość łapie za blejtram i dotyka, wypycha. A to tak widać! Jak masz płaszczyznę założoną, a już nie daj Boże matową… Możesz wodą z tyłu smarować (technika ponownego naprężania płótna) i tak dalej, ale tego nie zmienisz.
Jakub Turczyński: Ja w Polsce rzadko widzę obrazy, które są porządnie, dobrze namalowane. Właśnie to o czym mówiłeś. Mnie to irytuje, że wszystkie instalacje są zrobione najtańszymi materiałami, że obrazy są poobijane itd. Chciałbym wchodzić do galerii i ? tak jak wczoraj u Tarasewicza ? wiedzieć, że to jest dobrze zrobione, że to nie jest oklejone folią…
BO-L: Oczywiście. Widzieliście film o Tapies? Przychodzi do niego profesjonalna ekipa transportowa, chociaż przy jego obrazach to nie ma znaczenia, czy się odbiją paluchy. Ładują te obrazy do specjalnych skrzyń, ram, profesjonalnie pakowane, przewożą klimatyzowanym samochodem…
BO-L: Jak zobaczysz pierwsze obrazy Tarasewicza, to przecież technologicznie jest to tragedia. To wszystko odpada. Te akryle, kartki ponalepiane. Ale nie o to chodziło. To była potrzeba, potrzeba samego malowania!
(…)
BO-L: Absolutnie nie…
BO-L: Bardzo ryzykowna teza. To tak jakbyś wyjął kineskop z telewizora i odbierał bez niczego.
BO-L: Bo mówisz coś takiego: niezależnie, czy on będzie tutaj, czy będzie na podłodze, czy będzie przybity gwoździami, to działanie samego obrazu już bez kontekstu, powinno być takie samo. Myślę, że to jest niemożliwe.
BO-L: Wieloznaczność samego aktu tworzenia i obrazu… Niezależnie gdzie go przypniesz, to on będzie funkcjonować? Dobrze cię zrozumiałem?
BO-L: Będzie funkcjonować, bo ty o tym wiesz. Ale ja, albo on ? już niekoniecznie.
BO-L: To już jest teoria, traktat niemalże. To lepiej napisać, niż zmieniać tę funkcję.
JT: Ale malujesz na płótnie!
BO-L: Myślę, że inaczej będziesz malował na płótnie, inaczej na drzwiach od stodoły. Nie mów że nie!?
BO-L: Ty mówisz ciągle o myśli. Masz myśl w głowie i chcesz ją przelać. Mnie chodzi o to, że inaczej to zafunkcjonuje na innym podłożu.
JT: To jest proste przecież. Maluję na płótnie, bo to daje najwięcej możliwość. Nie wiem dlaczego chcesz zmieniać ten porządek, bo on wychodzi z czysto technicznych powodów.
BO-L: Trwałe przede wszystkim, wytrzyma stulecia…
JT: Tak się maluje, bo jest najwygodniej. I nie wiem czy zmiana tego jest w ogóle konieczna.
BO-L: Że jak na płótnie, to już jest obraz, tak?
BO-L: Ale tu już wchodzisz w nazewnictwo. To już nie nazywajmy tego malarstwem, tylko…
BO-L: A jak?
Błażej Ostoja-Lniski – malarz, grafik, wykładowca warszawskiej ASP, prowadzi pracownię litografii na Wydziale Grafiki.
Kuba Turczyński – malarz, absolwent ASP w Warszawie, dyplom w 2009 roku