tel - +48 502 822 933
email - m_chojecki@o2.pl
Skype - m_chojecki
Projekt ?White room? składa się z dwóch elementów: serii dużych obrazów olejnych, odwołujących się do fundamentalnych dla malarstwa zagadnień jakimi są kolor i światło, oraz specyficznej aranżacji przestrzeni, która w integralny sposób wiąże się z podejmowaną w obrazach tematyką. Oto przestrzeń ekspozycji, na co dzień pełniąca funkcję mieszkania i miejsca pracy, poddana została typowej dla white cube’a sterylizacji przez całkowite pozbycie się z niej koloru. Barwy zamarzają w białej pokrywie farby, uwalniając całą siłę i potencjał prezentowanego malarstwa, nie pozbawiając tego miejsca charakteru pokoju-pracowni.
Miejsce to w tym przypadku cichy bohater drugiego planu, mający wbrew pozorom całkiem wiele do powiedzenia. Odolańska 10 to kolonia artystyczna, kameralny zespół piwnicznych pomieszczeń w pewnej kamienicy na Starym Mokotowie, zasiedlony przez grupę młodych warszawskich artystów. Działania w tym miejscu nabierają dodatkowego znaczenia ? odbywając się w warunkach piwnicznych, ukazują nowy wymiar funkcjonowania sztuki. Rodzi się ciekawa metafora: wchodzimy do piwnicy, przebijamy się przez ciemne korytarze i boksy, aby na końcu znaleźć coś, czego kompletnie się nie spodziewaliśmy ? white room, rozjaśnioną przestrzeń, w której rządzą prawa inne, niż te, do których przywykliśmy. Oto margines codzienności, który staje się miejscem podniesionej wrażliwości.
Jakub Turczyński jest artystą-nomadem, poszukiwaczem ?miejsca?. W zasadzie od zawsze widziałem go rozproszonego pomiędzy różnymi środowiskami, w drodze między jedną przeprowadzką, a drugą (a było ich co najmniej kilkanaście!), między podróżami po świecie, a szukaniem ?małej stabilizacji?. Wreszcie przyszedł czas na realizację projektu, który obecny zawsze ?w domyśle?, nigdy wcześniej nie miał szansy się zmaterializować, ponieważ wypowiedź o miejscu dla sztuki i miejscu w sztuce, wymaga od artysty dojrzałości
i pewnego bagażu doświadczeń.
Wedle mego przekonania, kryteria te zostały tutaj spełnione. Mamy do czynienia z konkretną wypowiedzią, wyrafinowanym i obmyślonym pokazem wyselekcjonowanych prac, łączącym wątki osobiste, studia nad ulubionym tematem światła i koloru oraz pogłębioną refleksją na temat zasadniczych dla sztuki pytań. Co ważniejsze, pytania te nie pozostają bez odpowiedzi, bo obrazy nie pełnią tylko funkcji dekoracji galerii ? jak to ma obecnie często miejsce ? to jest wystawa o nich i z nimi w roli głównej.
W czasie, gdy w panoramie sztuk wizualnych nierzadko mamy do czynienia z niedoborem plastyki w plastyce, gdy niemalujący malarze pełnią rolę artystycznych celebrities, na uwagę zasługuje obecna w prezentowanych obrazach, niczym nie okiełznana pasja malowania, radość czerpana ze spotkania farby z płótnem i artysty z obrazem. W białej, codziennej, sterylnej przestrzeni obraz jest polem, na którym możemy pozwolić sobie na absolutną wolność, rewolucję goniącą rewolucję, nieskrępowaną grę wyobraźni oraz najzwyklejszą odrobinę szaleństwa i perwersji, za którymi nie musi się ciągnąć tak krępująca konsekwencja. I dotyczy to zarówno artysty, którego kreująca ręka styka się z materią farby i płótna, jak i widza, którego oko łączy formy i zdarzenia obrazu ze skojarzeniami i emocjami w naszym mózgu.
Kubę Turczyńskiego poznałem sześć lat temu, zaczynaliśmy razem studia na warszawskiej ASP. Wśród zgiełku wytwarzanego przez zbiorowość kreatywnych, młodych ludzi rozpoczynających przygodę z Wydziałem Grafiki, rzuciła mi się w oczy wyjątkowa, jak na to środowisko, pewność siebie jako malarza i prosta spontaniczność zabawy z farbą. Wśród głów rozpalonych marzeniami o wielkiej sztuce (najczęściej oderwanych od jakiejkolwiek rzeczywistości lub tępionych choćby brakiem umiejętności), Kuba wbrew pozornemu roztargnieniu i nieprzystosowaniu do tej zbiorowej ?normalności?, okazał się najtwardziej stąpającym po ziemi twórcą. Jawił się wtedy jako ?Malarz? i takim pozostał przez całe studia, skutecznie opierając się wszystkim modom i przelotnym trendom na Akademii.
Jeśli pojawia się w twórczości Kuby romans z jakąś stylistyką, to jest jedynie próba sprawdzenia jej możliwości i przydatności w zastosowaniu na własny użytek. Nie ma w tym szukania przynależności, gdyż nurty i kategorie w ogóle go nie obchodzą. Co więcej, jako osoba regularnie śledząca jego pracę z bliska, śmiem twierdzić, że często tych klasyfikacji i trendów nie jest świadomy. Fantastyczne jest obserwowanie człowieka tak wrażliwego wizualnie, spontanicznie i nawet lekko naiwnie czerpiącego z tej całej palety wizualnej otaczającego nas świata, gdzie impulsem do namalowania obrazu równie dobrze mogą być stare fotografie z dzieciństwa, światło telewizora lub kolor nieba, jak i najprostsze właściwości samego medium malarskiego.
Swoboda warsztatowa i wypracowana lekkość ręki napotyka czasami nonszalancję technologiczną, nie zmienia to jednak faktu, że obrazy powstają zawsze z żywej tkanki kolorystyczno-fakturowej. Obrazy realistyczne noszą wciąż znamiona medium, inne płótna pozbawione jednoznacznej figuratywności zaskakują bezpretensjonalnością gestu czy zestawień koloru. Zresztą Kuba z niezwykłą lekkością zestawia barwy pozornie do siebie niepasujące ? delektuje się różami i fioletami, pokazuje ich autentyczną siłę zjawiska kolorystycznego i udowadnia, że można zbudować z nich po prostu dobry obraz. Mam wrażenie, że przez kulturę popularną i powierzchowność wywodzących się z niej artystów, znaczenie różu w malarstwie sprowadzone zostało do marginaliów przez utożsamienie z kiczem, ?gejostwem? lub ?obciachem?. Owe podejście nie niesie za sobą żadnego potencjału, a dla mnie jest wyraźnym zwierciadłem intelektualnej i artystycznej mierności. Tym bardziej cenne jest podejście Kuby Turczyńskiego, dla którego róż to przede wszystkim piękny kolor o wielkim potencjale malarskim.
Wiele gorzkich słów pisać można o malarstwie wywodzącym się z Kazimierza Dolnego, o tzw. malarzach kazimierskich. Słowo ?Kazimierz? w malarskim żargonie używane jest jako synonim kiczu, pejzażu niskich lotów. Nie mniej jednak to małe miasteczko, z którego wywodzi się Kuba Turczyński, odczytuję jako źródło jego romantycznego podejścia do malowania, które rozumiem m.in. jako realizowanie etosu malarza. Nie ma w tym patosu ani pretensjonalności, lecz proste umiłowanie babrania się w farbach. To podejście jest ponadczasowe i bez względu, czy opcję reprezentowaną przez Turczyńskiego określi się za jednym z krytyków ?postmodernizmem dla dzieci?, czy nada jej jakikolwiek inny dyskursywny porządek, będzie to wciąż to samo malarstwo.
Zawsze podchodziłem jednak z małym dystansem do wykonywanych na zamówienie lub sprzedaż obrazów, z których pieniądze przeznaczane były na ?poważniejszą? twórczość, studia lub życie. Ta niepewność rodziła się z poczucia zakłopotania, jakie mi towarzyszyło zawsze, gdy Kuba z tym samym uśmiechem, tą samą radością oznajmiał, że namalował nowy, dobry obraz, po czym wyciągał mokry jeszcze Kazimierz. Te ewidentnie różne światy łączy jedna rzecz ? miłość do malowania, bez oceniania, czy to już sztuka, czy jeszcze nie. Kazimierz wcale nie jest tutaj traktowany jako gorszy obraz, a malarz nie cyzeluje każdego ruchu pędzla, myśląc o budowie swojej kariery. Kuba Turczyński po prostu kocha malować i to jest w tej historii najpiękniejsze.
maj 2010