tel - +48 502 822 933
email - m_chojecki@o2.pl
Skype - m_chojecki
Rozmowa odbyła się na wiosnę 2009 roku w pracowni na przearanżowanym Korytarzu ASP w Warszawie, który w tym czasie pełnił funkcję miejsca najważniejszych spotkań i dyskusji. Pierwotnie tekst wszedł w skład wyboru artykułów zamieszczonych w mojej pracy magisterskiej. Poniższa wersja została poddana ponownej autoryzacji, Wojtek Chełchowski wprowadził nieznaczne zmiany do swoich wypowiedzi (luty 2010).
Tekst zilustrowany jest zdjęciami Wawrzyńca Skoczylasa wykonanymi w czasie kręcenia materiałów do filmu o Korytarzu.
I
Wojtek Chełchowski: Ten obraz bym już zostawił. Ty przemalowujesz stare obrazy?
Michał Chojecki: To bardziej skomplikowane. Mam takie podejście, że staram się nie malować emocjami, tylko chcę, aby obraz był stabilniejszy. Cały proces malowania polega na tym, że generuję bardzo różne wariacje, obraz się ciągle zmienia, przetwarzam go, nakładam farbę, robię z niej rysunek, zostawiam aby zasychała. Przychodzę następnego dnia do pracowni, obraz się zmienił, wysechł, w jakiś sposób i ja to dalej modyfikuję, zmieniam. Najczęściej kończę obraz wtedy, gdy on jest już chemicznie gotowy, gdy reakcje się zakończyły.
WC: A co z tą stabilnością? Jeśli nie emocje, to co?
MCH: Emocje zmieniają się co sekundę, miliony ludzi przeżywają paroksyzmy co 5 sekund. Gdybym chciał malować emocjami, to musiałbym malować setki obrazów na godzinę. Chcę aby obraz wywoływał emocje, a nie aby był zapisem emocji. Po co je zapisywać, skoro je przeżywam? Szkoda czasu…
WC: Po co je wywoływać?
MCH: Aby je przeżyć. Ale również by sprowokować do myślenia. To jest również refleksja intelektualna. Nie tylko literacka i strukturalna, czyli czym jest obraz. Refleksja nieopisana w żaden sposób, niesklasyfikowana werbalnie. Spłaszczanie obrazu tylko do emocji też jest bez sensu.
Wracając do zamalowania. Nie lubię niszczyć ani zamalowywać obrazów. Ale jest wiele takich rzeczy do których nie mam sentymentu po jakimś czasie.Lubię samowystarczalność farby. Mógłbym nic nie robić, a ona sama maluje obraz. Sama się zasklepia i tworzą się struktury, które dają mi taką banalną, podstawową przyjemność wizualną.
WC: Czyli chodzi o satysfakcję wizualną? Ale chyba nie istnieje taki przedmiot, który potencjalnie nie mógłby sprawić przyjemności wizualnej.
MCH: Moja rola w tym wszystkim jest taka, że ten obraz może dać nie tylko przyjemność estetyczną, lecz także przyjemność intelektualną. Obraz nie jest niczym szczególnie lepszym niż kratka wentylacyjna czy brudny papier pakowy, na którym stoję teraz. Pytaniem jest, czy jestem w stanie to jakoś odnieść do swojego własnego życia, do swojej kondycji, do kondycji ludzi w ogóle. Jeśli maluję na płótnie farbami, to używam takiej konwencji, która zakłada z góry przekaż czegoś ważnego, że warto się w ten obraz zagłębić, że on mi może dać coś więcej, niż tylko czysto estetyczna satysfakcja. Bo widziałem wiele brudnych papierów pakowych, które były dużo bardziej interesujące od obrazów. Naprawdę.
WC: Ale musisz jeszcze mieć coś do przekazania. Nie możesz być bezwartościowy.
MCH: Myślę, że trzeba malować dla siebie, trzeba być swoim własnym pierwszym odbiorcą. Czasami wracam do swoich dawnych obrazów właśnie jako widz.
II
MCH: Gdy palę swój obraz, to nie robię tego aby komuś coś manifestować. To jest bardzo osobiste. Gdybym po namalowaniu każdego obrazu spalał go, byłoby to tylko i wyłącznie osobiste.
WC: Ale to jest emocjonalne!
MCH: Nie, zupełnie nie. To by było decyzją, podkreśleniem tego, co rozstrzyga się w tobie w czasie malowania i finalnie krzepnie w formie obrazu. Spalasz, czyli pozbywasz się efektu działania na emocjach. Totalne podejście do obrazu, on ci jest potrzebny, aby coś przeżyć i sformułować. Jak to wyrazisz, to po co ci ten obraz?
WC: Destrukcja powoduje emocje. Tak samo silne jak tworzenie.
MCH: Malowanie obrazu jest bardzo skomplikowanym ciągiem różnych działań i decyzji. Spalenie wręcz odwrotnie, jest jednorazowym gestem. Choć pewnie można by robić to powoli, zdejmować z krosna, zrywać farbę… Spalenie jest drastyczne, jest stanowczym odcięciem się i zostawieniem tylko tego, co przeżyłem i do czego obraz był mi potrzebny w czasie malowania.
WC: A odbiorca?
MCH: Ja jestem odbiorcą. A czy to jest jeszcze sztuka? Nic mnie to nie obchodzi. Interesuje mnie to, co się dzieje ze mną w kontakcie z obrazem.
WC: Dla mnie, słowo sztuka jest dużo mniej ważne, niż słowo wypowiedź. Czy ty się wypowiadasz?
MCH: Tak! Ja formułuje myśli w języku obrazowym. Tak jak teraz używam języka werbalnego i prowadzę z tobą rozmowę aby się zastanowić nad jakimiś problemami, przemyśleć je i wypowiedzieć sądy, które uporządkują chaos w mojej głowie. W czasie tej rozmowy powstają bodźce, które pomagają mi po prostu zastanowić się. Tak samo jest z malowaniem, robię to po to , abym rozmawiając z tym płótnem, mógłbym sobie coś pomyśleć. Prowadzę z nim dialog, rozmawiam, obserwuję, kłócę się kiedy nie jest mi posłuszny.
III
WC: Malarstwo to są fusy. To, co wartościowe ucieka, a na sicie pozostają brudy. I gdy oglądam te swoje brudy, czuję się marną osobą…
MCH: Ale o ile uboższą osobą był byś, gdybyś nie zrobił tych obrazów i tysięcy rysunków.
WC: To jest po prostu zapis. Gdy źle się czuję, to moje malarstwo jest wypowiedzią “źle się czuję”. Jedyne, co z tego mam, to możliwość spojrzenia na siebie z dystansu. Jak to może mnie wzbogacać? Oczyszcza raczej…
MCH: To nie jest tylko kwestia oczyszczenia, analogicznie jak z tymi płynami o których mówimy. Sprawa nie ogranicza się tylko o gaszenie pragnienia. Napój również smakuje, może lepiej, może gorzej, a może po prostu inaczej. Gdyby chodziło tylko o gaszenie pragnienia, to by inne gonie miało znaczenia, co pijesz. Tak samo z obrazami – liczy się za każdym razem bezpośrednio to, co namalujesz.
WC: Ja po prostu ciągle się zastanawiam, jak jestem w twojej pracowni, czy my robimy to samo czy coś innego. Bo są ciągle różnice w podejściu do tego przedmiotu, jakim jest obraz, między bodźcem, który kieruje nami. Różnica, którą ja widzę, jest taka, że ty gadasz z obrazem, a ja ze sobą. Bo różnica, że coś wymaga czasu, albo że materia narasta, to już nie jest żadna różnica.
MCH: Dlaczego rozmawiasz sam ze sobą?
WC: Ja nie mam specjalnych oczekiwań od obrazu. Czekam na niespodziankę, ale nie chodzi mi o to, żeby coś od tego obrazu dostać. Robię go, ponieważ mam chęć coś pokazać. Gdy mówię teraz do ciebie, to dlatego że chcę ci coś powiedzieć. Może też chcę dostać odpowiedź… Po to jest mi twoja reakcja na mój obraz.
MCH: To nie rozmawiasz ze sobą, ale z innymi ludźmi. Tylko zamiast słów, używasz obrazów. Ja rozmawiam z płótnem w tym sensie, że nie potrzebuję osób trzecich. Przynajmniej w takiej idealistycznej deklaracji. Ty rozmawiasz z innymi osobami poprzez to płótno. Opowiadasz o sobie.
Najbardziej jestem zadowolony z obrazów, które malowałem w zamknięciu. W ogóle nie jestem zadowolony z obrazów, które maluję tutaj, na korytarzu w szkole. Mam wrażenie, że każdym ruchem deklaruję coś, czego nikt nie powinien odbierać. To jest trochę jak sranie przy otwartych drzwiach. Nie chodzi tu o łamanie tabu czy pokazywanie czegoś obrzydliwego…
WC: To jest coś intymnego…
MCH: Pokazywanie tego na tym etapie niczemu nie służy, tylko ciekawości. Bo chyba tylko ciekawością można tłumaczyć podpatrywanie, jakie kto robi miny w toalecie. Ja po prostu nie chcę, aby ludzie widzieli co się ze mną i obrazem dzieje w momencie malowania. Chyba że sam zdecyduję, że chcę to pokazać. A czasami to robię, ale wykorzystuję do tego inne medium, nie robię tego bezpośrednio. Na pewno daleki jestem od robienia czegoś takiego, że „uwaga, maluję” i ostentacyjnie mażę przy ludziach, to byłaby perwersja. Z innej strony, właśnie u mnie proces jest ważny, jak ten obraz się formuje. Pokazuję go od strony technicznej, tak aby odbiorcy uczyli się korzystać z obrazu, aby odsłonić im warstwę znaczeń, które przez potoczne rozumienie obrazu jako sztuki, jest gubione. W publicznej dyskusji operuje się banałami i truizmami, które zasłaniają sam pierwotny obraz.
WC: O jakiego typu rzeczy ci chodzi? Chcesz wywołać niepokój, lęk…?
MCH: Nie ma czegoś takiego jak niepokój, czy lęk. Na poziomie relacji estetycznych nie ma czegoś takiego. To są tylko słowa i kategorie werbalne, których mogę używać na poziomie języka werbalnego. Nie mieszajmy pojęć i poziomów, nie operujmy narzędziami wypracowanymi przez język werbalny do opisywania języka obrazowego. Ja się czuję szalenie bogatym człowiekiem, gdy stoję przed obrazami i żadne proste lub skomplikowane słowa nie są w stanie tego opisać. To jest właśnie urok malarstwa. Moja naiwna wiara jest taka, że skoro mnie te obrazy są tak potrzebne, to mogą być potrzebne i innym ludziom. Ale tylko do momentu, gdy ja sam jestem w stanie z ich czerpać. Jak nie potrafię ich szczerze przeżywać, to nie mam moralnych kwalifikacji do tego, aby to komukolwiek pokazywać.
WC: A gdy stajesz przed cudzym obrazem, to na ile jesteś w stanie go czytać?
MCH: Zależnie od mojej wiedzy jestem w stanie nadawać mu jakieś znaczenia, które możliwe, że są zbieżne z tymi, które nadawał im autor. Ale przede wszystkim, najważniejszy jest mój zupełnie prywatny kontakt z tym obrazem. Czyli prosta rzecz: czy on w ogóle podoba mi się wizualnie. Jaki jest jego wpływ na mnie, co ja przeżywam gdy z nim obcuję. Ja za każdym razem patrząc na jakiś obraz redefiniuję to wszystko… Siebie… Wiesz, ja dość mało może jak na plastyka oglądam, więcej czytam. Uczę się myśleć o obrazie na przykładzie malarstwa innych twórców. Natomiast gdy staję przed obrazami, często mam problem z wiarygodnością. Boję się zaangażować, utożsamić, otworzyć. Ta cała sytuacja z pokazywanym publicznie obrazem jest bardzo niepewna. Nie umiem zejść do tego pierwotnego poziomu kontaktu z obrazem w białej przestrzeni galerii. Dlatego zabieram co ważne, kradnę różne rzeczy, które mogą mi się przydać i zamykam się w swojej pracowni. Oglądam cudzą twórczość i widzę w niej problemy malarskie, które mogą otwierać u mnie nowe drogi rozwoju. Korzystam z tego. Natomiast bardzo mało jest malarstwa, które byłby mi szczególnie bliskie ikonograficznie. Jeśli jest, to nie za bardzo dostępne. Malowanie na własną rękę zdecydowanie rozwiązuje ten problem. Mogę mieć tyle i takich obrazów, jakie chcę.
Malowanie jest językiem, który ma swoje ścieżki i struktury. Jest też modelem myślenia. Nie modelem w sensie ogólnym, nie chodzi mi o model wszechświata. Jest tylko jednym z modeli, który mnie ogromnie fascynuje. Mam dużą satysfakcję obliczając jakieś niewiadome tego modelu, zmieniając i uaktualniając jego założenia, rozszerzając i komplikując. Pewne struktury tego modelu mogą się przeplątać ze strukturą życia codziennego, dlatego te obrazy mają czasem wymiar ogólnoludzki, humanistyczny. Natomiast unikam patosu i generalizowania…
WC: Co do funkcji obrazów które robię, to mają działanie oczyszczające. To jest ich funkcja. Dla odbiorcy działa ona na zasadzie utożsamienia się i to jest dla niego… ale nie tylko bo jak już mówiłem, jego reakcja może być pomocna. Rzeczywiście, jest to rozmowa nie tylko z sobą samym. Boję się, że gdy przestanę pielęgnować swoją niedoskonałość, to moje rysunki stracą wartość. Bo one mają tę wartość, że akceptuję w nich słabość i dzielę się nią. One starają się po prostu być szczere. Mówię nimi „zobacz, jestem obrzydliwy”. To jest ich wartość. „Zrobiłem to najgorzej jak mogłem”. Te obrazy i rysunki mogłyby się zamienić w książkę czy piosenkę, tak samo mógłbym nazwać „obrazem” tę naszą rozmowę. Nie chodzi mi tak naprawdę o malarstwo, bo ono samo w sobie mnie trochę nudzi, ale o siebie, mimo że niesie to pewne ryzyko. Malarstwo jest po prostu potrzebne, ale tylko jako narzędzie, którym chcę się posługiwać… Dlatego też jestem od malowania uzależniony. Boję się przestać, bo te fusy się nie odcedzą. Mam jednak nadzieję, że jeśli zmienią się moje potrzeby, będę potrafił zmienić swoje malarstwo.
Jeśli ja jestem nieciekawy, a dla wielu osób mogę być, to jedyną nadzieją dla tego, co robię jest, że to są dobre obrazy, ale dzieje się to już poza moją relacją z nimi.
MCH: Jestem przekonany, że za każdym obrazem trzeba zaczynać od nowa. Ja muszę podejmować decyzję, że chcę ten obraz zrobić. Nie chcę deklarować bycia malarzem i tego, że już zawsze będę malował obrazy. Za każdym razem powód do namalowania obrazu musi być równie silny, jak powód, dla którego namalowałem pierwszy obraz, dla którego zacząłem malować.
WC: Bałbyś się przestać malować?
MCH: Boje się i mam jakieś podskórne przeczucie, że przestanę, że nie dam rady.
WC: Dlaczego się boisz?
MCH: Boję się, że zrezygnuję z czegoś, co powoduje, że codziennie mam coś ważnego do zrobienia. W pewnym momencie zabraknie mi siły, żeby się martwić kolejnymi rzeczami, które są luksusem. Malowanie jest luksusem. Jest podważaniem wiary, aby zmotywować się do ciągłej redefinicji siebie. Aby nie wpaść w rutynę i bezrefleksyjność.