MAIN/GŁÓWNA | paintings/obrazy | books/książki | movies/filmy | shows&projects/realizacje | revievs/recenzje | pdf | blog | contact/bio
2014 | 2013 | 2012 | 2011 | 2010 | 2009 | 2008 | 2007
michalchojecki.com

tel - +48 502 822 933
email - m_chojecki@o2.pl
Skype - m_chojecki

The book ‘What was what is and what will happen’ in London
10-20.02.2012

‘What was what is and what will happen’ is a book prepared by Wawrzyniec Skoczylas and me for a direct distribution in London. Our mission is to exchange The Gateway story and expiriences from Siberia for plane tickets to New York.

You can find us everyday from 10th to 20th of February 2012 in front of Tate Modern and round the Brick Lane.

After those days, we continue selling these books in Warsaw also in direct distribution, which is one of the most important parts of this project. If you want to buy a book, please, contact us. We will set the date of a meeting.
Mobile: +48502822933
e-mail: michal.maria.chojecki@gmail.com, wawrzyniec.skoczylas@gmail.com

If you are interested on book, you can find it and read also here:

>>>DOWNLOAD THE BOOK<<<

‘What was what is and what will happen’ to książka przygotowana przez Wawrzyńca Skoczylasa i mnie do dystrybucji bezpośredniej w Londynie. Naszą misją jest wymienić historię “Wrót” oraz syberyjskie doświadczenia na bilety lotnicze do Nowego Jorku.

Książka sprzedawana była w dniach 10-20 lutego 2012 w Tate Modern i na Brick Lane w Londynie.

Aktualnie kontynuujemy sprzedaż w Warszawie również w drodze dystrybucji bezpośredniej, która jest jednym z kluczowych elementów naszego działania. Jeśli jesteś zainteresowany kupnem książki, prosimy o kontakt w celu umówienia spotkania.
Tel: +48502822933 – MCH
e-mail: michal.maria.chojecki@gmail.com, wawrzyniec.skoczylas@gmail.com

Książka do pobrania również w formacie PDF (w języku angielskim):

>>>POBIERZ KSIĄŻKĘ PDF<<<

Książka “Przekleństwa i radości starych obrazów”

Michał Chojecki, “Przekleństwa i radości starych obrazów”
Warszawa 2011

Książka jest zbiorem tekstów dotyczących miejsca obrazów w “domu” w mojej bardzo konkretnej perspektywie autobiograficznej. Wydana została a okazji wystawy pod tym samym tytułem, która odbyła się w moim mieszkaniu w dniach 20-22.10.2011 oraz towarzyszyła tej wystawie przeniesionej do Galerii Podlaskiej w lutym 2012.

Książka do kupienia bezpośrednio lub w bibliotece ASP w Warszawie, cena 5zł.

Wydanie I
Nakład – 100 egzemplarzy
48 stron

Opracowanie graficzne, skład i łamanie – Kuba Maria Mazurkiewicz
Konsultacja projektowa – Łukasz Walendziuk
Konsultacja techniczna – Łukasz Izert

Wydawca:
Gablota Krytyki (www.gablotakrytyki.pl)

S P I S T R E Ś C I
7 – Przekleństwa i radości starych obrazów
11 – Z Michałem Chojeckim rozmawia Janek Nowak
33 – Pożegnanie z domem rodzinnym – fragmenty
39 – Dzienniki

Publikacja przygotowana z okazji wystawy
„Michał Chojecki – Przekleństwa i radości starych obrazów”
Pl. Konstytucji 2/18, Warszawa, 21-23.10.2011

>>> POBIERZ KSIĄŻKĘ W PDF <<<

Janek Owczarek – “Najnowsze stare obrazy Michała Chojeckiego”

Janek Owczarek – “Najnowsze stare obrazy Michała Chojeckiego”
opublikowano na blogu TrupaZupa.blogspot.com

Wystawa:
Michał Chojecki, Radości i przekleństwa starych obrazów, 21 – 23 października 2011; mieszkanie artysty, Warszawa.

Lubię, kiedy o sztuce mogę opowiadać. Nie tylko oglądać, rozważać, opisywać pojedyncze wystawy, ale wynosić ze sobą myśli również po wyjściu z galerii lub innego miejsca, w którym pokazuje się sztukę – aż do kolejnej wystawy, która staje się następnym rozdziałem jednej historii. I to nie wynika z osobistych predyspozycji czy chęci zapamiętania zjawisk odciskających w głowie jakiś ślad. Niektóra sztuka po prostu zmusza do tego, sama w swych kolejnych odsłonach jest rodzajem gęstej opowieści, utkanej często z raptownych zmian – raz stylistycznych, innym razem wynikających z przewartościowań poglądów, koncepcji artystycznych. Tak dzieje się w przypadku twórczości Michała Chojeckiego.

Pozainstytucjonalne, oddolne, wystawy Michała Chojeckiego to wydarzenia specyficzne, naturalnie różniące się od klasycznych ekspozycji. Stanowią przeciwwagę dla pokazów w galeryjnych white – cube’ach, ponieważ sztuka Michała ma niewiele wspólnego z aspektem instytucjonalnym, komercyjnym. Przechadzając się po prywatnych pokojach z rozwieszonymi obrazami nie trzeba czuć się osaczonym białą sterylnością galerii i w ogóle przeświadczeniem, że znajdujemy się w miejscu „od sztuki”, nic nie szkodzi, kiedy dotknie się pracy, nic też nie szkodzi, kiedy obrazy nie interesują w ogóle. Panuje bezpretensjonalność i możliwość szczerych zachowań. Ale nie jest też tak, że na alternatywności wystawienniczej przestrzeni się kończy. Punktem wyjścia jest w przypadku Chojeckiego zawsze sztuka, zwornikiem dla znajomych pojawiających się w mieszkaniu, spotykających się, pijących piwo jest sztuka – nigdy odwrotnie. To nie są po prostu towarzyskie spędy z malarstwem jako fajną dekoracja, na dokładkę.

Najnowsza wystawa Przekleństwa i radości starych obrazów jest rodzajem odświeżenia. W prywatnym mieszkaniu Chojeckiego obrazy sprzed kilku lat, z okresu studiów, o ściśle określonym znaczeniu związanym z konkretnymi poglądami, konkretną koncepcją malarstwa (link do tekstu), z „wiarą w obraz” zostają przywołane do życia na nowo. Pretekst, impuls do pokazania – jak często w sztuce Michała Chojeckiego – pozaartystyczny, konkretny, prozaiczny nawet. Trochę przypadkowe natknięcie się na odwrócone płótna, odłożone po kątach i zabierające przestrzeń mieszkania skupiły uwagę artysty z powrotem na sobie. Dlaczego został wykonany ruch, dlaczego ponownie zostają przywołane obrazy, których znaczenie i funkcja zostały odwrócone do ściany? Czy tylko dla czystego odświeżenia miejsca, uporządkowania przestrzeni mieszkalnej? A może minione problemy, tematy, idee związane z tymi obrazami zaprzątają głowę artysty ponownie? Michał Chojecki już kilka lat temu pisał:

Lubię wracać do starszych obrazów, bo one są nie tylko zapisem, ale przede wszystkim rozwiązaniem jakiegoś problemu.

Nie wydaje się więc, aby praktyka ponownego zetknięcia się z wcześniejszymi obrazami, wzmocniona jeszcze ekspozycyjną, społeczną ramą upowszechnienia wynikała z sytuacji, że na nowo, po raz kolejny u artysty pojawiają się odległe, przeszłe poglądy i myśli wyartykułowane starymi obrazami – co symbolicznie jest zawarte przecież w odwróceniu ich licem do ściany, upchaniu gdzieś w kąt, składowaniu i potykaniu się o nie. W zgodzie z cytatem, powieszony ponownie na ścianie obraz ma charakter już skończony, nie informuje, nie jest transparentny na to, co go w czasie malowania motywowało. Nie przypomina i nie naświetla po raz kolejny źródła swojego powstania oraz emocji, refleksji jego twórcy. Zostaje sam dla siebie, stanowi rozwiązanie jakiegoś problemu, a nie jego wyrażenie. Jego wartości zacieśniają się niebezpiecznie do wartości jedynie wizualnych. Ale czy to źle? Moje poczucie autentyczności tej sztuki, możliwości nieskrępowanych reakcji, świeżości tych obrazów pomimo ich chronologii, ich „wieku” wynika właśnie z nieobecności już znaczeń i kontekstów nadanych przez artystę. W przeciwieństwie do dominujących w świecie sztuki tendencji, które każą twórczość traktować wektorowo, gdzie starsze prace są traktowane jako schody prowadzące do prac nowszych – tych podniecających, dyskutowanych, najbardziej problematyzowanych, Chojecki niweluje chronologię wprowadzając kategorię aktualności w miejsce nowości.

Nie po raz pierwszy zresztą Chojecki aktualizuje swoje wcześniejsze działania. W roku 2009 wystawił spalone obrazy. Zwęglone krosna smętnie i żałośnie figurowały na tle białej ściany, ale stanowiły przede wszystkim dosadne przyznanie się do niepowodzenia, nieumiejętności rozwiązania postawionego problemu. Kiedy obraz nie spełnia swej podstawowej funkcji, nie rozwiązuje jakiejś sprawy, jest pudłem, pustką i nie ma racji bytu – trzeba go zniszczyć. W latach 70 – tych amerykański artysta John Baldessari spalił swoje wczesne obrazy, ale traktował to jako rodzaj nie tyle oczyszczenia lub potwierdzenia błędu, co powołania ze starego czegoś nowego – popiół ze spalonych obrazów stał się składnikiem ciastek. Feniks odrodził się ponownie, tym razem w życiu, nie sztuce. The Creamtion Project Baldessariego łączył praktykę artystyczną z tą codzienną, życiową, skoncentrowaną choćby na wypieczeniu ciastek. Czy czymś bardzo odległym jest ponowne wykorzystanie starych obrazów na nowej wystawie Michał Chojeckiego? Kiedy czyta się teoretyczną część dyplomu artysty, dotyczącą w dużej mierze malarstwa z najnowszej wystawy wcale nie wydaje się, aby te słowa zostały wypowiedziane tylko w odniesieniu do tamtych obrazów, tamtych lat, tamtej postawy artystycznej. Siłą sztuki Michała Chojeckiego jest właśnie to, że postawa nie jest wykalkulowaną, stworzoną dla doraźnych celów i czasów, postawą jedynie artystyczną. To jest przede wszystkim postawa życiowa. Stąd aktualna i wcześniejsze wystawy w prywatnych mieszkaniach, stąd wystawy o osobistych doświadczeniach z podróży po Syberii. Stąd też prywatne, intymne wyznania – jak w galerii XX1. Paradoksalnie, okazuje się, że sztuka, jej tworzenie nie jest najistotniejszą wartością w praktyce artystycznej. Jest właśnie życie, potrzeba opowiadania, potrzeba wypowiedzi – raz za pomocą zdjęć z podróży, innym razem za pomocą tekstu. Też za pomocą malarstwa. Przekleństwa i radości starych obrazów, spowodowane trzeźwym zwróceniem uwagi na to, co fizycznie przeszkadzało, nie są jakąś jednolitą erudycyjną wypowiedzią, wystawa nie komentuje niczego, nie mówi o kondycji sztuki, nie ma regulaminowej, narzuconej kuratorsko całościowej linii odbioru. Ale są obrazy. No i szczerość.

______

Wystawy “Przekleństwa i radości starych obrazów” w Warszawie i Białej Podlaskiej

W dniach 21-23.10.2011 w moim mieszkaniu w Warszawie oraz w dniach 4-29.02.2012 w Galerii Podlaskiej w Białej Podlaskiej odbyły się wystawy “Przekleństwa i radości starych obrazów”.

Wystawie towarzyszyła książka:

>>> POBIERZ KSIĄŻKĘ W PDF <<<

Polecam recenzję Janka Owczarka:
“Najnowsze stare obrazy Michała Chojeckiego”
do przeczytania również na jego blogu
trupiazupa.blogspot.com

WROTA – teksty

Na stronie GablotaKrytyki.pl znajduje się tekst z katalogu wystawy Wrota. Zapraszam do lektury:

WROTA – http://chojecki.gablotakrytyki.pl/314

Jako uzupełnienie, proponuję wywiad z Warzyńcem Skoczylasem i ze mną na temat tego projektu, który ukazał się w 67. numerze Notesu na 6 tygodni:
http://www.bec.art.pl/upload/pdf//notes67_internet.pdf

Wystawa “Miejsce Czaszki”, Galeria XX1, Warszawa, maj 2011

Michał Chojecki
tytuł: “Miejsce czaszki”
rzeźba, instalacja audio

Galeria XX1, Warszawa, Al. Jana Pawla II 36
otwarcie 14.maja 2011, godz.20

Janek Owczarek – “Naprzeciwko Wrót”

Janek Owczarek – “Naprzeciwko Wrót”

Michał Chojecki i Wawrzyniec Skoczylas, Wrota, 8 kwietnia – 10 kwietnia; Foksal 17B m.52, Warszawa.

Na zbitej ziemi ojciec oraz matka z synem i córką na rękach – normalna, młoda czteroosobowa rodzina stoi w zwartej grupce. Trochę z boku dwóch uśmiechniętych chłopaków. Od razu widać, że są obcy, znajdują się w tym miejscu tylko na jakiś krótki czas. Pomiędzy nimi a tą żółtawobrązową ziemią nie ma stałego związku. Za sfotografowanymi osobami brama. Nic specjalnego, mogłoby się wydawać, lecz to właśnie ten element stał się punktem, w którym przecięły się losy rodziny z głębokiego rosyjskiego stepu i dwójki polskich artystów przemierzających surowe tereny Syberii: Michała Chojeckiego i Wawrzyńca Skoczylasa.

Wystawa Wrota na wysokim piętrze kamienicy przy ul. Foksal to dokumentacja fragmentu podróży dwóch artystów po Syberii. Sprawa była prosta: w zamian za nocleg i opiekę wykonali dekorację wrót do gospodarstwa. Wizualność wystawy pomyślana została bardzo ładnie. W dwóch niewielkich pomieszczeniach pokazano fotografie przedstawiające proces malowania wrót, ale też to wszystko, co działo się wokół – dzieci, kozy, codzienność po prostu. Główne zdjęcie ukazujące szóstkę bohaterów stanowi swoisty wstęp, pierwsze kroki do zrozumienia, o co w całej sprawie się rozchodzi. Wprowadzenie do akcji, lecz także jej zwieńczenie – za postaciami skończony już malunek na drzwiach. Wszystkie inne zdjęcia lub obiekty balansują wokół tej największej odbitki. Czasem fotografie ściśle wiążą się z konkretnym przedmiotem, elementem będącym świadectwem bezpośrednim, nieukrytym za jedynie relacyjnością płaskiego zdjęcia. I tak od fotografii chłopca rysującego w notatniku wiedzie nas czerwona linka do konkretu – faktycznego notatnika z tym właśnie rysunkiem. Inna odbitka – rodzina przy ciastkach. Zaraz przy tym, na stoliku, leżą ciastka i słyszymy nagranie głosu dziecka, które je przelicza. Takie zagranie powoduje, że nie przechodzi się po prostu od zdjęcia do zdjęcia, wyobrażając sobie, jak fajnie, jak ciekawie tam musiało być. Zamiast beznamiętnej i suchej dokumentacji mamy zaoferowaną próbę – szczątkowej co prawda, ale jednak – namacalności. Konkretność, wzmocnienie autentyczności i chyba przede wszystkim szacunek do spotkanych ludzi. Lekkie tchnienie życia w wydrukowane, płaskie ludzkie wizerunki.

W zdjęciach i w ogóle w podejściu autorów do zastanej rzeczywistości widać specyficzne, bardzo humanistyczne zacięcie. Rodzina, która przyjęła Chojeckiego i Skoczylasa, na wystawie nie została (a przecież bardzo łatwo mogłaby być) potraktowana przedmiotowo – jedynie jako pole, na którym rozegrał się projekt artystyczny. Rysunek dziecka, miejsce postoju oznaczone na mapie, liczenie ciastek – to sprawia wrażenie, że ten mały wycinek całej wyprawy staje się nawet w oczach widza czymś konkretnym, znaczącym, z realnymi postaciami. Relacja artystów osadza się na szczerej empatii, zastany świat potraktowany jako pełny podmiot. Coś kusi, żeby wszystkiego się dowiedzieć. Dowiedzieć się o historii każdego zaklętego w fotografii zdarzenia. Obszar niewiedzy rozszerza się jeszcze mocniej, kiedy uzmysłowię sobie, jak dużo mogło się innych rzeczy przytrafić artystom w czasie ich miesięcznej podróży. Zdaję sobie sprawę, że obcuję z pewnym tylko wycinkiem. Malowanie wrót to tylko jakiś fragment całej wyprawy, ale też danej sytuacji, związanej z zakwaterowaniem w syberyjskim gospodarstwie. A przecież jako widz nie potrafię w pełni doznać nawet tej minihistorii. Każde zdjęcie to osobne wydarzenie, intymne, związane ściśle tylko z bezpośrednimi uczestnikami i ich wspomnieniami.

A co z tytułowymi wrotami? Ikonograficznie nie ma niczego wyjątkowego. Rozwiązane są ornamentyką typową raczej dla tubylców. Nawet znaczki Windowsa i Macintosha – tak dla nas jasne i w pierwszym momencie odczytywane jako ironiczne – nic, poza tym, czym są (flagą i jabłkiem), dla tamtejszych mieszkańców nie znaczą. Właśnie w tym momencie zrozumiałem znaczenie tej bramy, inne niż cyniczne puszczenie oczka. W moim odczuciu jawi się ona jako uniwersalny przykład międzyludzkiego połączenia – klarowne dla nas znaki systemów operacyjnych i równie znane dla ludzi z rosyjskich stepów wzory stapiają się w jedno dzięki najprostszemu gestowi, sytuacji, w której człowiek spotyka się z człowiekiem i coś mu oferuje. To jest ten bardzo ludzki, uniwersalny kod. Bez niego wrota nigdy nie zostałyby pomalowane, w ogóle nie oglądałbym tej wystawy.

Proszę Michała o relację bezpośrednią, jak to było. Mówi mało, jakby dawał do zrozumienia, że cała narracja, wydarzenie zawarte jest w zdjęciach, przed oczyma. Faktycznie, w warstwie samej anegdoty to wszystko, nie ma nic więcej. A emocje, znaczenie tej krótkiej opowieści? Tam już nie sięgam, wrota są zamknięte. Otworzyły się pewnego dnia na Syberii tylko dla szóstki osób.

Tekst do wystawy “Pożegnanie z domem rodzinnym”

Na stronie Gablota Krytyki opublikowałem tekst dotyczący wystawy “Pożegnanie z domem rodzinnym”

http://chojecki.gablotakrytyki.pl/300

Wystawa “Pożegnanie z domem rodzinnym”, 25-27.III.2011

Michał Chojecki
“Pożegnanie z domem rodzinnym”

wernisaż 25.III
otwarte 26, 27. III, sobota niedziela w godz. 12-20.

adres:
Mickiewicza 24, 05-075 Warszawa-Wesoła

dojazd:
autobus 514 z Centralnego, 173 z Ronda Wiatraczna, przystanek Rejtana (na żądanie),
SKM, PKP do stacji Warszawa-Wesoła,


Dom stojący pod adresem Mickiewicza 24 w Wesołej w kwietniu zostanie zburzony. Wraz z ostatnimi dniami marca 2011 roku kończy się historia tego przedwojennego, modernistycznego budynku, który złączony z losem mieszkającej w nim rodziny, przez lata stał się czymś więcej, niż tylko prostym schronieniem i dachem nad głową. Dom ten jest miejscem utożsamienia, które bez względu na chwilowe miejsce przebywania, rozumiany może być jako symbol rodzinnej tradycji i identyfikacji.

Wystawa “Pożegnanie z domem rodzinnym” jest próbą opowiedzenia o domu, w którym przez lata tętniło i rodziło się życie, ale w którym pojawiła się też śmierć. Opowieść ta posiada narrację i narratora, przedstawiana jest z perspektywy osoby, która w tym miejscu się wychowała i mieszkała przez 25 lat.

Nie jest to wystawa stricte artystyczna, jej ambicją nie jest wpisywanie się w żaden dyskurs lub program artystyczny. Jest to wypowiedź przede wszystkim bardzo intymna i osobista, próba podzielenia się trudnymi, ale jakże ważnymi emocjami, które pomagają przemyśleć i zrozumieć wiele fundamentalnych dla codziennego funkcjonowania spraw. Wystawa ta stawia pytanie o identyfikowanie się z miejscem, o przywiązanie do miejsca wobec przemijalności. Zmusza do zastanowienia się nad fundamentami naszej tożsamości: kim jesteśmy, skąd przychodzimy i dokąd idziemy.

Obiektem prezentowanym na wystawie staje się cały dom. Znajdujące się w nim obrazy, rzeźby, filmy i instalacje pełnią rolę drugoplanową – bohaterem jest miejsce jako całość. Przez dychotomiczną aranżację – z jednej strony proste interwencje, wprowadzenie do tej przestrzeni elementów zachwiania porządku, z drugiej ich brak, surowość i zachowanie naturalnego charakteru, przestrzeń ta staje się nośnikiem uniwersalnych znaczeń, wykraczając poza opowieść o prywatnym życiu.

“WROTA”, “ворота”

Wawrzyniec Skoczylas, Michał Chojecki
WROTA
wernisaż: 8.kwietnia 2011, piątek, 19.00
wystawa otwarta: 9,10 kwietnia, 12.00-20.00
Foksal 17B m.52, Warszawa
wejście przez bramę PiW na podwórze
Wystawa WROTA jest dokumentacją Spotkania, które miało miejsce w siole Haraus, w obwodzie czytyjskim w Rosji. Wawrzyniec Skoczylas i Michał Chojecki przemierzając Syberię zamieszkali u pewnej rodziny zawierając prosty układ: wymalowanie wrót za opiekę i pomoc. Lecz w tej wymianie tak naprawdę nie chodziło ani o dach nad głową, ani o zdobienie bramy. Wymiana rozegrała się na innym poziomie. Autorzy nie są ani obojętni, ani obiektywni. “Chcieliśmy podzielić się sympatią. Spotkaliśmy sympatycznych ludzi, a malowanie bramy jest sympatycznym wydarzeniem. To było dobre spotkanie. Nie można tego łatwo powiedzieć o wielu rzeczach.” Jeśli mówimy o malowaniu, to rzeczywiście wymalowana została brama wjazdowa do gospodarstwa, ale jeśli mówimy o spotkaniu, to w rzeczy samej mówimy o otwieraniu wrót między ludźmi, dla ludzi.

Malwina Domagała – “Kontyngencja malarstwa”

Kontyngencja malarstwa
Malwina Domagała – Historyk sztuki, krytyk, doktorantka na Uniwersytecie KSW w Warszawie. Publikuje teksty o sztuce współczesnej.

Tekst opublikowany w magazynie Exit (Nr 2 (82) 2010 kwiecień – czerwiec).

Na powierzchni wielkoformatowych płócien Michała Chojeckiego dochodzi do zderzenia ekspresyjnej formy, gwałtownej linii i mocnego koloru. W swojej twórczości artysta porusza kwestię koncepcji obrazu kształtowanej w procesie kreacji, prowadzącej do uzyskania wyzwolonego spod ręki artysty autonomicznego bytu materialnego.

OSOBOWOŚĆ ARTYSTYCZNĄ CHOJECKIEGO wyróżnia temperament odkrywcy zmierzającego ku poszukiwaniom nowych środków wyrazu. W czasie studiów na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych na Wydziale Grafiki, z ogromną pasją i zaangażowaniem prowadził eksperymenty formalne w zakresie grafiki warsztatowej, które transponował farbami i pędzlem na płaszczyznę płótna. Od tego momentu głównym sposobem wypowiedzi artystycznej młodego twórcy stało się malarstwo wykorzystujące różnorodne efekty fakturalne. W sztuce Chojeckiego pojawia się refleksja nad fizyczną egzystencją obrazu, niemalże jego cielesnością, która dokonuje się na konstrukcji utworzonej z samodzielnie zbijanych listew naciąganych płótnem i kontyngencji warstwy malarskiej.

Niezwykle wnikliwe rozważania na temat rozumienia i percepcji obrazu przeprowadził Hans Belting, współcześnie jeden z najwybitniejszych badaczy kultury wizualnej, wymieniając jego różnorodne znaczenia: „(…) słowo <>. Maskuje ono fakt, że wcale nie mówi się o tych samych obrazach, gdy zarzuca się jak kotwicę w mieliznach porozumienia. Nieustannie spotykamy się z brakiem ostrości w mówieniu o obrazach. Niektórzy chcą wywołać wrażenie, jak gdyby krążyły one bezcieleśnie, czego nigdy nie czynią nawet obrazy wyobraźni i pamięci, okupujące przecież nasze własne ciało. Niektórzy generalnie zrównują obrazy z obszarem wizualnym, co sprawia, że wszystko, co widzimy, jest obrazem, który tym samym traci swoje znaczenia symbolicznie. Inni ryczałtowo utożsamiają obrazy ze znakami ikonicznymi, związanymi poprzez związek podobieństwa z rzeczywistością, która nie jest obrazem i pozostaje wobec niego nadrzędna. Wreszcie występuje dyskurs sztuki, który albo ignoruje obrazy świeckie, istniejące dzisiaj poza muzeami (nowymi świątyniami), albo zamierza chronić sztukę przed wszelkimi pytaniami odnośnie do obrazów, odbierającymi jej status jedynego przedmiotu zainteresowania. Powstaje przy tym nowy spór o obrazy, w którym walkę toczą ze sobą monopole definicyjne. Nie tylko mówimy w ten sposób o zupełnie innych obrazach. Stosujemy również różne dyskursy wobec obrazów tego samego rodzaju”1).

Chojecki formułuje własną definicję obrazu, według której „W obrazie nie ma nic więcej, niż to co nań się składa. Obraz nie jest niczym więcej, niż farbą ułożoną w odpowiednim porządku, nabierającą adekwatnych do porządku znaczeń”2). W praktyce artysta sam weryfikuje własną definicję obrazu, która zostaje podporządkowana skomplikowanemu, wymagającemu ogromnej pracy, trudu intelektualnego i fizycznego procesowi twórczemu. Konstruowanie, „wytwarzanie”, komponowanie obrazu artysta rozpoczyna od chwili naciągania płótna na krosna malarskie, klejenia i gruntowania powierzchni. Od tego momentu zaczyna się silna potrzeba malowania, kreacji. Nierówności powstałe w wyniku niedokładnego rozkładania gruntu, naprężenia krzywo naciągniętego płótna na blejtram tworzą dodatkowe wartości, wzbogacając jednostkowe cechy kompozycji malarskich. Kolejny etap pracy stanowi dobór odpowiednich pigmentów, specjalnie przygotowanych do własnoręcznego wytwarzania farb. Artysta uzyskuje w ten sposób oczekiwany, zamierzony efekt malarski. Osiągnięty rezultat wynika z rzetelnej wiedzy o indywidualnych właściwości substancji oraz niezwykłych, posiadanych umiejętności warsztatowych. Artysta pragnie bowiem stworzyć za każdym razem unikatowy, oryginalny obraz. W przekonaniu Chojeckiego, jego rola jako malarza w procesie tworzenia kompozycji malarskich, nie polega wyłącznie na nakładaniu farby pędzlem na powierzchnię płótna. Obrazy są integralnym elementem życia artysty, z którymi współegzystuje, mieszka, przebywa od początku tworzenia, poprzez nadawanie odpowiedniej formy aż do momentu ukończenia.

Efekt pracy, w postaci finalnego kształtu kompozycji jako rezultatu artystycznego procesu, nie jest w pełni przewidywalny. Chojecki bowiem utożsamia obraz z żywym biologiczno-chemicznym organizmem, który wyznacza własne zasady przebiegu pracy twórczej, naznaczonej nieustanną walką, komplikacjami, negocjacjami, próbą powiązania i opanowania dwóch najistotniejszych czynników: reakcji chemicznych zachodzących na powierzchni płótna, wynikających ze specyfiki technologicznej z warstwą ikonograficzną. Młody twórca wypracował własną technikę połączenia wosku i farb olejnych, poprzez którą uzyskał niezwykłe bogactwo i różnorodność materii malarskiej, rozedrgania nawarstwionej, zastygłej lub tworzącej rozległe, biomorficzne w kształtach, rozlewiska farby.

Kierunek poszukiwań odpowiedniej formy nadawanej wyobrażonym motywom zależy od emocji artysty, stanowi zapis myśli, przeżyć, niewypowiedzianych słów, służy sformułowaniu wypowiedzi dla rozważań o świecie. W wyciszonym, kontemplacyjnym cyklu monochromatycznych obrazów (2008-2009) wyczuwalna jest ogromna koncentracja na powierzchni płócien, rozwiązywanych poprzez wielokrotne nakładanie warstw laserunków bardzo delikatnymi, płaskimi pociągnięciami pędzla, by osiągnąć efekt maksymalnie ciemnej tonacji barwnej w wyniku korelacji, przenikania się kolejnych warstw. Obrazy uzyskały ciemnozielony, brunatny lub brunatnoczerwony, ale bardzo bogaty w odcieniach koloryt.

Najnowsze prace artysty prezentowane w Galerii Promocyjnej niosą w sobie nowy ładunek emocjonalny, stanowią pogłębioną refleksję o świecie, wnikają w strukturę, we wnętrze człowieka, zwierząt, mówią o naturze martwej i żywej. Przedstawione na płótnach formy antropomorficzne i biologiczne w swej cielesności, sprowadzają wszelkie byty fizyczne do wszechogarniającej gęstej materii malarskiej. Artysta operuje tu szerszą gamą barwną, w niektórych partiach płaszczyzny obrazu używa subtelniejszych, jaśniejszych kolorów. Różnicuje powierzchnie płócien poprzez wprowadzenie płynnie biegnących wielokierunkowo linii, przez rozmazywanie, wycieranie, zdrapywanie. Kontrastowo zestawia gładkie, połyskliwe partie z matową płaszczyzną koloru, wzbogacając ich powierzchnie reliefowymi wypukłościami grubo kładzionego wosku lub niemal brutalnie nawarstwionej farby. W efekcie biomorficzne kształty zostają zatarte i przekształcone w rozlewające się dynamicznie, bezprzedmiotowo przetworzone formy.

Taki sposób kształtowania samoświadomości artystycznej, myślenia, rozumienia i tworzenia jest bardzo trudny. Wymaga bowiem dojrzałego traktowania samego siebie jako artysty, jak i własnej twórczości, stałej krytycznej kontroli, nieustannego zdobywania i pogłębiania wiedzy. W swoich wypowiedziach Michał Chojecki z niezwykłą powagą traktuje medium malarskie, które według artysty „(…) jest trwałe i uniwersalne, wciąż gotowe do konstruowania /krystalizowania/ materializowania idei, stawiania pytań i szukania odpowiedzi w rejonach niedostępnych dla innych form sztuki. Poddające się skomplikowanym eksperymentom i dekonstrukcjom – ale wciąż niezmiennie wiarygodne – jest gotowe do eksplikowania aktualnych treści”3).

Eksponowane obrazy są mocne i wyraziste. Posiadają energię, są odważne i zdecydowane w nieoczekiwanych rozstrzygnięciach formalnych.

1) H. Belting, Antropologia obrazu. Szkice do nauki o obrazie, tłum. M. Bryl, Kraków 2007, s. 11-12.
2) M. Chojecki, kat. wyst. Michał Chojecki. Obrazy-Paintings, Galeria Fibak, Warszawa 2009.
3)Ibidem.

Okładka + temat numeru nowego Exitu poswięcone moim obrazom.

O Kubie Turczyńskim i wystawie “White Room” na Odolańskiej 10

I

Projekt ?White room? składa się z dwóch elementów: serii dużych obrazów olejnych, odwołujących się do fundamentalnych dla malarstwa zagadnień jakimi są kolor i światło, oraz specyficznej aranżacji przestrzeni, która w integralny sposób wiąże się z podejmowaną w obrazach tematyką. Oto przestrzeń ekspozycji, na co dzień pełniąca funkcję mieszkania i miejsca pracy, poddana została typowej dla white cube’a sterylizacji przez całkowite pozbycie się z niej koloru. Barwy zamarzają w białej pokrywie farby, uwalniając całą siłę i potencjał prezentowanego malarstwa, nie pozbawiając tego miejsca charakteru pokoju-pracowni.

Miejsce to w tym przypadku cichy bohater drugiego planu, mający wbrew pozorom całkiem wiele do powiedzenia. Odolańska 10 to kolonia artystyczna, kameralny zespół piwnicznych pomieszczeń w pewnej kamienicy na Starym Mokotowie, zasiedlony przez grupę młodych warszawskich artystów. Działania w tym miejscu nabierają dodatkowego znaczenia ? odbywając się w warunkach piwnicznych, ukazują nowy wymiar funkcjonowania sztuki. Rodzi się ciekawa metafora: wchodzimy do piwnicy, przebijamy się przez ciemne korytarze i boksy, aby na końcu znaleźć coś, czego kompletnie się nie spodziewaliśmy ? white room, rozjaśnioną przestrzeń, w której rządzą prawa inne, niż te, do których przywykliśmy. Oto margines codzienności, który staje się miejscem podniesionej wrażliwości.

II

Jakub Turczyński jest artystą-nomadem, poszukiwaczem ?miejsca?. W zasadzie od zawsze widziałem go rozproszonego pomiędzy różnymi środowiskami, w drodze między jedną przeprowadzką, a drugą (a było ich co najmniej kilkanaście!), między podróżami po świecie, a szukaniem ?małej stabilizacji?. Wreszcie przyszedł czas na realizację projektu, który obecny zawsze ?w domyśle?, nigdy wcześniej nie miał szansy się zmaterializować, ponieważ wypowiedź o miejscu dla sztuki i miejscu w sztuce, wymaga od artysty dojrzałości
i pewnego bagażu doświadczeń.

Wedle mego przekonania, kryteria te zostały tutaj spełnione. Mamy do czynienia z konkretną wypowiedzią, wyrafinowanym i obmyślonym pokazem wyselekcjonowanych prac, łączącym wątki osobiste, studia nad ulubionym tematem światła i koloru oraz pogłębioną refleksją na temat zasadniczych dla sztuki pytań. Co ważniejsze, pytania te nie pozostają bez odpowiedzi, bo obrazy nie pełnią tylko funkcji dekoracji galerii ? jak to ma obecnie często miejsce ? to jest wystawa o nich i z nimi w roli głównej.

W czasie, gdy w panoramie sztuk wizualnych nierzadko mamy do czynienia z niedoborem plastyki w plastyce, gdy niemalujący malarze pełnią rolę artystycznych celebrities, na uwagę zasługuje obecna w prezentowanych obrazach, niczym nie okiełznana pasja malowania, radość czerpana ze spotkania farby z płótnem i artysty z obrazem. W białej, codziennej, sterylnej przestrzeni obraz jest polem, na którym możemy pozwolić sobie na absolutną wolność, rewolucję goniącą rewolucję, nieskrępowaną grę wyobraźni oraz najzwyklejszą odrobinę szaleństwa i perwersji, za którymi nie musi się ciągnąć tak krępująca konsekwencja. I dotyczy to zarówno artysty, którego kreująca ręka styka się z materią farby i płótna, jak i  widza, którego oko łączy formy i zdarzenia obrazu ze skojarzeniami i emocjami w naszym mózgu.

III

Kubę Turczyńskiego poznałem sześć lat temu, zaczynaliśmy razem studia na warszawskiej ASP. Wśród zgiełku wytwarzanego przez zbiorowość kreatywnych, młodych ludzi rozpoczynających przygodę z Wydziałem Grafiki, rzuciła mi się w oczy wyjątkowa, jak na to środowisko, pewność siebie jako malarza i prosta spontaniczność zabawy z farbą. Wśród głów rozpalonych marzeniami o wielkiej sztuce (najczęściej oderwanych od jakiejkolwiek rzeczywistości lub tępionych choćby brakiem umiejętności), Kuba wbrew pozornemu roztargnieniu i nieprzystosowaniu do tej zbiorowej ?normalności?, okazał się najtwardziej stąpającym po ziemi twórcą. Jawił się wtedy jako ?Malarz? i takim pozostał przez całe studia, skutecznie opierając się wszystkim modom i przelotnym trendom na Akademii.

Jeśli pojawia się w twórczości Kuby romans z jakąś stylistyką, to jest jedynie próba sprawdzenia jej możliwości i przydatności w zastosowaniu na własny użytek. Nie ma w tym szukania przynależności, gdyż nurty i kategorie w ogóle go nie obchodzą. Co więcej, jako osoba regularnie śledząca jego pracę z bliska, śmiem twierdzić, że często tych klasyfikacji i trendów nie jest świadomy. Fantastyczne jest obserwowanie człowieka tak wrażliwego wizualnie, spontanicznie i nawet lekko naiwnie czerpiącego z tej całej palety wizualnej otaczającego nas świata, gdzie impulsem do namalowania obrazu równie dobrze mogą być stare fotografie z dzieciństwa, światło telewizora lub kolor nieba, jak i najprostsze właściwości samego medium malarskiego.
Swoboda warsztatowa i wypracowana lekkość ręki napotyka czasami nonszalancję technologiczną, nie zmienia to jednak faktu, że obrazy powstają zawsze z żywej tkanki kolorystyczno-fakturowej. Obrazy realistyczne noszą wciąż znamiona medium, inne płótna pozbawione jednoznacznej figuratywności zaskakują bezpretensjonalnością gestu czy zestawień koloru. Zresztą Kuba z niezwykłą lekkością zestawia barwy pozornie do siebie niepasujące ? delektuje się różami i fioletami, pokazuje ich autentyczną siłę zjawiska kolorystycznego i udowadnia, że można zbudować z nich po prostu dobry obraz. Mam wrażenie, że przez kulturę popularną i powierzchowność wywodzących się z niej artystów, znaczenie różu w malarstwie sprowadzone zostało do marginaliów przez utożsamienie z kiczem, ?gejostwem? lub ?obciachem?. Owe podejście nie niesie za sobą żadnego potencjału, a dla mnie jest wyraźnym zwierciadłem intelektualnej i artystycznej mierności. Tym bardziej cenne jest podejście Kuby Turczyńskiego, dla którego róż to przede wszystkim piękny kolor o wielkim potencjale malarskim.

IV

Wiele gorzkich słów pisać można o malarstwie wywodzącym się z Kazimierza Dolnego, o tzw. malarzach kazimierskich. Słowo ?Kazimierz? w malarskim żargonie używane jest jako synonim kiczu, pejzażu niskich lotów. Nie mniej jednak to małe miasteczko, z którego wywodzi się Kuba Turczyński, odczytuję jako źródło jego romantycznego podejścia do malowania, które rozumiem m.in. jako realizowanie etosu malarza. Nie ma w tym patosu ani pretensjonalności, lecz proste umiłowanie babrania się w farbach. To podejście jest ponadczasowe i bez względu, czy opcję reprezentowaną przez Turczyńskiego określi się za jednym z krytyków ?postmodernizmem dla dzieci?, czy nada jej jakikolwiek inny dyskursywny porządek, będzie to wciąż to samo malarstwo.

Zawsze podchodziłem jednak z małym dystansem do wykonywanych na zamówienie lub sprzedaż obrazów, z których pieniądze przeznaczane były na ?poważniejszą? twórczość, studia lub życie. Ta niepewność rodziła się z poczucia zakłopotania, jakie mi towarzyszyło zawsze, gdy Kuba z tym samym uśmiechem, tą samą radością oznajmiał, że namalował nowy, dobry obraz, po czym wyciągał mokry jeszcze Kazimierz. Te ewidentnie różne światy łączy jedna rzecz ? miłość do malowania, bez oceniania, czy to już sztuka, czy jeszcze nie. Kazimierz wcale nie jest tutaj traktowany jako gorszy obraz, a malarz nie cyzeluje każdego ruchu pędzla, myśląc o budowie swojej kariery. Kuba Turczyński po prostu kocha malować i to jest w tej historii najpiękniejsze.

maj 2010

Rozmowa z Błażejem Ostoją Lniskim.

Rozmowa odbyła się 3 kwietnia 2009 roku w pracowni Koryto na ASP. Po jakimś czasie do dyskusji włączył się Jakub Turczyński.

Przyszedłszy do pracowni Błażej dokładnie obejrzał wszystko dookoła. Zwracał uwagę na reprodukcje wiszące na ścianach i drzwiach, na cytaty, które towarzyszą nam, wisząc w różnych, często niecodziennych miejscach.

Włączyłem butlę gazową i nastawiłem kawę.

I

Błażej Ostoja-Lniski: Nie boisz się z tą butlą?

Michał Chojecki: Ale, że wybuchnie czy, że podłoga się zapali? (podłoga pokryta folią i papierami)

BO-L: Wybuchnie…

MCH: Nie, raczej nie, w ogóle nie należy się tym przejmować.

BO-L: O Jezu. Ale to jakiś staroć. A jak ją napełniasz?

MCH: Na Stadion jeżdżę, tam jest takie miejsce, gdzie to napełniają bez żadnych pytań. Ona nie ma po prostu atestu. Ale bez przesady, nic nam nie grozi.

II

MCH: Opowiedz mi o procesie w twojej twórczości.

BO-L: Najważniejsze jest dla mnie poszukiwanie punktów odniesienia, środków plastycznych, aby forma zbudowana poprzez kolor wyrażała ideę. Ciężko byłoby mi malować bez niej ? owej idei. Częstokroć pojawia się coś nowego w trakcie malowania i otwiera nowe ścieżki. Dla mnie najpierw CO, a potem JAK. Gdy mam w głowie pomysł na obraz, to potem szukam odpowiednich środków, aby jak najlepiej wyrazić ideę. Szukam nowych środków, one zmieniają też punkty odniesienia, które z kolei nadają różne znaczenia. Ja jestem w malowaniu bardzo uporządkowany, nie pozwalam sobie na otwieranie nowych ścieżek w czasie budowania obrazu.

MCH: Ta forma jest na początku? Na początku budowania obrazu?

BO-L: Tak

MCH: To czemu potrzebny jest ten proces. Bo przecież pełni on kluczową rolę w interpretacji twoich obrazów. W nich jest chemia, czas, działanie czasu. Powiem tak, odnosząc to do siebie. Pomysł obrazu i ikonografia ? owszem są na początku ? ale to jest tylko pomysł weryfikowany przez medium, w którym krystalizuję ten pomysł. Nie ma obrazów skończonych, są tylko takie, które przestaję malować. A robię to wtedy, gdy ta forma jest już klarowna i gdy obraz zastyga chemicznie. Zastanawiam się jak to jest u Ciebie, gdy ta forma jest już na początku klarowna, bo u mnie ona się krystalizuje później, dużo później.

BO-L: Na początku rysuję. Gdy jestem pewien, że forma jest już wystarczająco sugestywna w szkicu, to przenoszę ją na obraz. To nie jest tak, że tylko kratkuję płótno i kopiuję. Rzeczywiście, czasami tak się zdarza, że w sposób dosłowny przenoszę ją na płótno, ale później ciągle interesuje mnie dopełnienie jej poprzez kolor.

(?)

BO-L: Wczoraj byłem na wystawie Tarasewicza, która strasznie mi się podobała (Leon Tarasewicz: 2009-04-02 – 2009-04-25 – Galeria ArtNewMedia, artnewmedia.pl). Dla mnie to już typowa opowieść o kolorze. Już niezależnie, czy to byłyby kółka, kwadraty czy piony… Jest to ciągle szukanie nowego ?wnętrza” dla koloru, ?architektury” do koloru.

MCH: Ale to ma głębszy wydźwięk. Ten kolor zyskuje konkretne zastosowanie. On musi użyć tego koloru, musi zapaćkać podłogę, zbudować obraz lub skonstruować kolorową formę, obiekt.

(?)

MCH: Ja mam bardzo użytkowe podejście do sztuk plastycznych, do książek, do idei i treści wyrażonych… Ja ich do czegoś po prostu potrzebuję.

BO-L: Sam proces malowania i w ogóle tworzenia, nie jest jednak taśmociągiem. Nie jesteśmy rzemieślnikami. Możemy iść do pracowni i nie robić tam nic. Ale to krążenie wokół sprawy, to jest ważne. Bo obraz rodzi się w głowie. Płótno to jest już ostateczność.
Częstokroć nie chcę malować. A czy komukolwiek się chce w ogóle? (śmiech) To jest upiorna sprawa, strasznie męczące. Po trzech godzinach kładę się i śpię następne trzy godziny, aby odreagować. Nie to, że nie lubię, lubię malować. Często gdy obraz, który mam w głowie, ma zaczątek na płótnie, obmyślam potem przez następne pół roku. Bo idea, myśl, została już wyrażona. To już jest. Kwestia później penetrowania tego, sprawdzania różnych wątków, na ile można to dociągnąć, aby nie rozpadło się i nie pękło. To jest ryzyko, a ja zdaję sobie sprawę, że jestem słabym ryzykantem. To jest wszystko tak troszeczkę na 70%. Dlatego przeskakuję do kolejnego obrazu, wątek który rodzi się w trakcie wolę przenieś na inne płótno, niż dogryzać się do drugiej ścieżki i rozstrzygać go na tym, co już mam. Jest walka w głowie i na płótnie, z tym co jest nowe i z tym co już mam.

MCH: Dlaczego nie wpuszczasz ludzi do swojej pracowni?

BO-L: Raczej z takich powodów organizacyjnych, porządkowych. Ja mam konstrukcje do schnięcia obrazów, raz ktoś zahaczył i cała konstrukcja się zwaliła. Obrazy schną poziomo, mam cały system schnięcia tych obrazów, a nie jest to duża przestrzeń. Całe mieszkanie jest jedną wielką pracownią. Lubię natomiast odwiedzać pracownie kolegów malarzy, to mnie napędza bardzo.

MCH: No właśnie, po co w ogóle potrzebujesz innych obrazów?

BO-L: To proste, zazdrość, typowo ludzkie.

MCH: Ale chcesz to mieć?

BO-L: Nie, zazdroszczę, że ja tego nie zrobiłem! Każdy tak chyba ma, że idziesz na dobrą wystawę i myślisz, dlaczego ja nie mam takiej wystawy?

MCH: Ja się czuję totalnym pasożytem. Nie chcę mieć obrazów, ale z nich korzystać, tak jak korzystam ze wszystkiego dookoła. Zabieram to i chowam dla siebie, kolekcjonuję, układam do użycia. Czuję się przy okazji jakimś ekshibicjonistą, że kładę to później razem z farbą na płótno i podpisuję, że to moje.
Ale tu jest inny problem. Na ile ja jestem panem tego, co wytwarzam. Mój promotor sprzeciwiał się paleniu przeze mnie obrazów. Mówił, że w momencie, w którym namaluję obraz, staje się on dorobkiem cywilizacji, w której funkcjonuję i nie mam prawa go niszczyć.

BO-L: Zgadzam się z tym, to przestaje być już tylko twoje. Na tej samej zasadzie właściciele budynków na Krakowskim Przedmieściu mogliby wyjść i je podpalić. Nie na tym chyba rzecz polega.

MCH: Ale na ile to się dzieje w przestrzeni mojej i prywatnej a na ile publicznej?

BO-L: Nie, raczej na ile ty to wartościujesz?! Myślę, że o to chodzi. Bo ziarnko piasku może mieć taką samą wartość jak Pałac Kultury.

MCH: Oczywiście. Nie wydaje mi się, żeby Pałac Kultury czy jakiś obraz był czymś z góry lepszym, niż babka z piasku. Kwestia jest taka, jak z tego korzystasz, jaką pełni to rolę, do czego potrzebujesz tego Ty jako pojedyncza istota i zbiorowość, w której funkcjonujesz. Słyszę ciągle na Akademii coś takiego: nie malujesz obrazów dla siebie, ale dla wszystkich, dla ogółu. Ja uważam, że mogę malować tylko i wyłącznie dla siebie. Dopóki maluję dla siebie, dopóty mam moralne kwalifikacje do pokazywania tego komuś innemu. W momencie, w którym przestaję malować dla siebie, tracę upoważnienie do pokazywania tego komukolwiek.

BO-L: No tak, ale musi być powód do tego, że malujesz. Jaki jest powód?

MCH: Przy każdym obrazie ten powód jest inny. Jest osobisty, wewnętrzny… Ja nie maluję z automatu…

BO-L: Ja rozumiem. Ale namalujesz, skończysz. Musi to czemuś służyć.

MCH: To proste: malowanie jest posługiwaniem się pewnym językiem i zarazem grą. Ustalam reguły i zasady, rozstrzygam pewne problemy, formułuję myśli, odbywam jakieś niemalże rytualne samospalenia. Z jednej strony maluję ten obraz ewokując pewne treści, ale maluję go dla siebie, jako odbiorcy również. Przez obraz, tylko przez obraz, następuje zespolenie mnie jako twórcy i odbiorcy. I do tego jest on mi potrzebny.
Natomiast bardzo wzbraniam się od mieszania obrazu, jako namacalnego obiektu o przekazie wizualnym, z meta-poziomowymi dyskusjami na temat sztuki i innych podobnych abstraktów. Wydaje mi się, że to pomieszanie poziomów wpisuje się w coś, co można roboczo nazwać dyskursem bełkotu, czyli powtarzaniem fraz, które nic nie znaczą, pod pozorem sprzedawania prawd. Mnie kategoria ?sztuki? jest w ogóle niepotrzebna, gdy stoję przed obrazem.

BO-L: Nie jesteśmy przecież historykami i krytykami.

MCH: Liczę się ja przed płótnem. Kontekst historii sztuki czy wiedzy pozwala precyzyjniej odczytać znaczenia obrazu, uczynić bogatszym kontakt z płótnem.

BO-L: Konfrontować.

MCH: Natomiast bez łatki, etykietki czy autorytetu instytucji ?sztuki?, obraz wciąż musi być ważny.

BO-L: Ważność obrazu ?później?, jest już od ciebie niezależna. To jest już cała machineria.

MCH: Ale odpowiedzialność ciągle obciąża twórcę! Zapytam tak: malujesz tyle obrazów, namalowałeś w jednym roku 150…

BO-L: Tak, miałem taki rok…

MCH: …i te obrazy nigdzie nie funkcjonują. W którym momencie one stają się własnością publiczną, dorobkiem cywilizacyjnym?

BO-L: Ja bym tak do tego nie podchodził. Na pewno bym ich nie zniszczył.

MCH: Dlaczego?

BO-L: śmiech Bo bym się popłakał chyba. Ja bym się z mostu rzucił. Po tym jak włożyło się tyle emocji, serca w to? Wiesz, wyjeżdżam na dłużej, zamykam mieszkanie i już po pięciu metrach od drzwi mam fobię, że zaraz będzie albo włamanie, albo sąsiad mnie zaleje. A już nie daj Boże, jadą te obrazy gdzieś na wystawę. Przychodzą goście, podchodzą do płótna… A dbam o płaszczyznę… A gość łapie za blejtram i dotyka, wypycha. A to tak widać! Jak masz płaszczyznę założoną, a już nie daj Boże matową… Możesz wodą z tyłu smarować (technika ponownego naprężania płótna) i tak dalej, ale tego nie zmienisz.

Jakub Turczyński: Ja w Polsce rzadko widzę obrazy, które są porządnie, dobrze namalowane. Właśnie to o czym mówiłeś. Mnie to irytuje, że wszystkie instalacje są zrobione najtańszymi materiałami, że obrazy są poobijane itd. Chciałbym wchodzić do galerii i ? tak jak wczoraj u Tarasewicza ? wiedzieć, że to jest dobrze zrobione, że to nie jest oklejone folią…

BO-L: Oczywiście. Widzieliście film o Tapies? Przychodzi do niego profesjonalna ekipa transportowa, chociaż przy jego obrazach to nie ma znaczenia, czy się odbiją paluchy. Ładują te obrazy do specjalnych skrzyń, ram, profesjonalnie pakowane, przewożą klimatyzowanym samochodem…

MCH: Kiedy mówisz o tym wszystkim, to ja się zgadzam, że trzeba dbać o obraz. Ale jak robię sobie bilans, to gdybym miał się przyłożyć i zrobić wszystko perfekcyjnie technologicznie, to bym nie namalował ani jednego obrazu. A dla mnie ważniejsze jest, aby to zrobić za wszelką cenę!

BO-L: Jak zobaczysz pierwsze obrazy Tarasewicza, to przecież technologicznie jest to tragedia. To wszystko odpada. Te akryle, kartki ponalepiane. Ale nie o to chodziło. To była potrzeba, potrzeba samego malowania!

(…)

MCH: Ja też nie chcę, aby była jakaś różnica w odbiorze ideowym mojego malarstwa, gdy płótno jest naciągnięte na krosno lub z niego zdjęte…

BO-L: Absolutnie nie…

MCH: Dla mnie liczy się porządek farby na płótnie. To, że ono jest naciągnięte na krosno, to już kwestia praktyczna…

BO-L: Bardzo ryzykowna teza. To tak jakbyś wyjął kineskop z telewizora i odbierał bez niczego.

MCH: Dlaczego, nie rozumiem?

BO-L: Bo mówisz coś takiego: niezależnie, czy on będzie tutaj, czy będzie na podłodze, czy będzie przybity gwoździami, to działanie samego obrazu już bez kontekstu, powinno być takie samo. Myślę, że to jest niemożliwe.

MCH: Ja nie chcę, aby płótno było nierozerwalne z krosnem. Uważam, że korzystniejsze jest malowanie na płótnie naciągniętym na krosno. Bo to też jest jakaś konwencja…

BO-L: Wieloznaczność samego aktu tworzenia i obrazu… Niezależnie gdzie go przypniesz, to on będzie funkcjonować? Dobrze cię zrozumiałem?

MCH: Tak

BO-L: Będzie funkcjonować, bo ty o tym wiesz. Ale ja, albo on ? już niekoniecznie.

MCH: Chodzi o konwencję. Przecież to ciągle konwencja z tym naciąganiem płótna na krosna, wbijaniem kołeczków itd. Moim dążeniem, bardzo górnolotnym i takim trochę oderwanym od rzeczywistości ? zdaję sobie z tego sprawę ? jest idealizacja obrazu (jako czegoś bardzo ważnego dla mnie osobiście) niezależna od kontekstów wytwarzanych przez kulturę, a nie będąca bezpośrednio na linii łączącej obraz ze mną, gdy go oglądam. Niezależnie od kontekstu galeryjnego, domowego, ulicznego, czy na krośnie, ścianie, czy na podłodze, suficie.

BO-L: To już jest teoria, traktat niemalże. To lepiej napisać, niż zmieniać tę funkcję.

MCH: Dlatego ciągle maluję w tej konwencji, bo mnie ta konwencja bardzo odpowiada. Obraz jest na samym początku. Malarstwo nie istnieje bez obrazu. Obrazu nie ma przed namalowaniem go. W momencie, w którym go maluję, może być na tekturze, płótnie, czy drzwiach od stodoły ? pomijając kwestie techniczne oczywiście.

JT: Ale malujesz na płótnie!

BO-L: Myślę, że inaczej będziesz malował na płótnie, inaczej na drzwiach od stodoły. Nie mów że nie!?

MCH: Ale to są kwestie praktyczne, techniczne…

BO-L: Ty mówisz ciągle o myśli. Masz myśl w głowie i chcesz ją przelać. Mnie chodzi o to, że inaczej to zafunkcjonuje na innym podłożu.

JT: To jest proste przecież. Maluję na płótnie, bo to daje najwięcej możliwość. Nie wiem dlaczego chcesz zmieniać ten porządek, bo on wychodzi z czysto technicznych powodów.

BO-L: Trwałe przede wszystkim, wytrzyma stulecia…

JT: Tak się maluje, bo jest najwygodniej. I nie wiem czy zmiana tego jest w ogóle konieczna.

MCH: Ale ja nie postuluję zmiany. Mówię o tym, bo wykorzystuje się konwencję malowania na płótnie do mitologizowania obrazu.

BO-L: Że jak na płótnie, to już jest obraz, tak?

MCH: Dokładnie. A ja maluję na płótnie nie dlatego, żeby to był obraz, ale dlatego, że to najwygodniejsze.

BO-L: Ale tu już wchodzisz w nazewnictwo. To już nie nazywajmy tego malarstwem, tylko…

MCH: …A czy na poziomie malowania obrazu musimy nazywać to malarstwem?

BO-L: A jak?

MCH: Jestem przekonany, że nie musimy tego w ogóle nazywać.

   

Błażej Ostoja-Lniski – malarz, grafik, wykładowca warszawskiej ASP, prowadzi pracownię litografii na Wydziale Grafiki.

Kuba Turczyński – malarz, absolwent ASP w Warszawie, dyplom w 2009 roku

“OBRAZY NAJNOWSZE” w Galerii Promocyjnej, Warszawa – 5-30.V.2010




Obrazy 2009/2010

Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
150/150cm
2009

Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
150/150cm
2009

Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
150/150cm
2009

Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
150/150cm
2009

Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
150/150cm
2009

Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
120/120cm
2009/2010

Michał Chojecki – CV artystyczne

ur. 1985 w Warszawie
tel. 502-822-933
e-mail: m_chojecki@o2.pl

Artysta piszący, malujący, podróżujący i konstruujący.

Współzałożyciel portalu GablotaKrytyki.pl poświęconego bieżącej krytyce artystycznej. Twórca kolonii artystycznej Odolańska 10

Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie na Wydziale Grafiki z roku 2009. Dyplom w pracowni prof. St. Wieczorka. Obecnie pracuje jako asystent w pracowni malarstwa na macierzystym wydziale. W latach 2008-2009 laureat stypendium naukowego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Stypendium Miasta Stołecznego Warszawy im. Jana Pawła II.

Publikował teksty w magazynach Arteon, Aspiracje, Pracowni Struktur Mentalnych, portalach zrazu.pl oraz GablotaKrytyki.pl

Wystawy indywidualne:

2012
- “Przekleństwa i radości starych obrazów” – Galeria Podlaska, Biała Podlaska

2011
- “Przekleństwa i radości starych obrazów” – mieszkanie, Warszawa
- “Pożegnanie z Domem Rodzinnym” – Mickiewicza 24, Warszawa
- “Wrota” – Foksal 17B, Warszawa (wraz z Wawrzyńcem Skoczylasem)”
- “Miejsce Czaszki” – Galeri XX1, Warszawa

2010
- “Obrazy najnowsze” – Galeria Promocyjna, Warszawa

2009
- “Just Paintings” Galeria Fibak, Warszawa

2007
- “Figuris” – Fundacja Promocji Polskiej Sztuki Wizualnej im. Z. i R. Artymowskich, Łowicz

Autor następujących książek:
- “Przekleństwa i radości starych obrazów“, Gablota Krytyki 2011
- “What was, what is and what will happen“, (z Wawrzyńcem Skoczylasem), self-published 2012

Wystawy przygotowane jako kurator:

- “Beautiful Losers – Dorota Pawiłowska & Julia Bistuła” – Galeria Turbo, Warszawa 2011
- “White Room Kuba Turczyński” – Odolańska10, Warszawa, czerwiec 2010
- “Lisek. Najlepsze” – Odolańska 10, Warszawa, marzec 2010

Wystawy zbiorowe:

2012
- Hangart On The Corner – The Corner Cafe, Warszawa

2011
- Noc Malarzy – Szpitalna 8, Warszawa
- Start to Hangart – Galeria Klimy Bochenskiej, Warszawa
- Salon Letni - Salon Akademii, Warszawa

2010
- Hangart – Chłodna 25, Warszawa
- Salon Letni – Galeria Promocyjna, Warszawa
- Noc Malarzy – Fabryka Czekolady, Warszawa
- Zgrzyt – Buźniak/Chojecki/Gorgoń/Ziemianowicz, Biblioteka Bielańska, Warszawa
- Obrazowanie – Galeria El, Elbląg

2009
- Piwnica Odolańska 10 – Chełchowski/Chojecki/Gregorek/Szpindler/Turczyński/Wójcik
- Emilii Plater 13 – Chełchowski/Chojecki/Gregorek/Ratz/Turczyński
- Paul Holz and Friends – Pasewalk (Niemcy)
- Galeria Pod Arkadami, Łomża – Pracownia 11
- Galeria Aspekt, Warszawa – Chojecki/Turczyński – malarstwo

2008
- Historisches Kulturforum U, Pasewalk (Niemcy)
- BWA Skierniewice – Pracownia14
- Ostrowiec Świętokrzyski – Warszawa nad Kamienną

2007
- Narodowa Galeria Sztuki Zachęta, Warszawa – Warianty.Pracownia Kowalskiego 2007

2006
- Salon Odrzuconych – Chojecki, Masiarz, Turczyński – Warszawa, Toalety Wydziału Grafiki

Pasje podróżnicze rozwija wyprawami do miejsc pozostających na marginesie szlaków turystycznych, głównie do Azji, na Bliski i Środkowy Wschód, Kaukaz, Syberię i rosyjską północ, szukając kreatywnej interakcji z miejscową ludnością oraz miejsc niepozostawiających człowieka obojętnym.

“Moje spotkanie z Panem Liskiem i tego konsekwencje”

I

Poniższy esej powstał w związku z wystawą Pana Zbigniewa ?Liska? Lissowskiego w pracowniach na Odolańskiej 10. Nie jest on recenzją, ani tekstem krytycznym, raczej zbiorem refleksji i przemyśleń notowanych w czasie przygotowań do pokazu. Jest on tekstem autorskim, mówiącym raczej w jakim sensie należy rozumieć wystawę Liska na Odolańskiej i jak sytuować jego malarstwo w zderzeniu z tym miejscem i twórczością tu powstającą.

Pragnę zwrócić uwagę na bardzo ważny fakt, który należy uwzględnić zarówno czytając ten artykuł, jak i oglądając wystawę. Zauważmy – Lisek będąc ?odkrytym? przez kolektyw z Odolańskiej, niejako automatycznie zostaje ?przywłaszczony?, wciągnięty i osadzony w pewnym kontekście. Wystawa Liska nabiera szerszego wymiaru, staje się wyborem światopoglądowym kuratorów, którymi tym razem są młodzi artyści, obierający lokalnego malarza-amatora za swojego patrona. Organizują mu wystawę właśnie w swoich pracowniach, projektują i wydają katalog, montują film i piszą teksty.

Z góry pragnę zaznaczyć, że nie mamy intencji pokazać Liska w neutralnym świetle. Prezentujemy tego malarza i jego prace jako zjawisko, które popieramy i któremu kibicujemy ? właśnie ze swojej perspektywy. I niech to będzie czytelne, bo ta wystawa jest również o nas, ludziach tworzących przy Odolańskiej i naszym sposobie patrzenia na malarstwo.

II

W całościowym rozrachunku, gdy myślę o malarstwie ogarnia mnie nieskrywana satysfakcja, że dane mi jest poświęcać się dziedzinie, która już dawno przestała stać pod pręgierzem powinności i obowiązku względem Sztuki. Ta niegdyś wielowiekowa przednia straż, w drugiej połowie dwudziestego wieku oddała prowadzenie, lecz wbrew utyskiwaniom wielu, nie przeszła na emeryturę. Teraz, gdy sztuka rozszerza pole swego oddziaływania na niemal każdą dziedzinę życia, od mikrobiologii po kompozycje kosmicznych sfer niebieskich, wąska i hermetyczna dziedzina, jaką jest malarstwo, zachęca do siebie swą prostotą, określonymi ramami i utylitarnością. Gdy malarstwo zostało uwolnione z presji wyznaczania jakichkolwiek granic, okazuje się, że można malować wszystko, a każda z tych rzeczy jest tak samo ?współczesna?, jak najbardziej nowoczesne dzieło.

Intrygująca jest pozycja malarza jako outsidera, człowieka tworzącego etos artysty, a jednocześnie tak na dobrą sprawę, mogącego nie mieć nic wspólnego ze Sztuką. Jego rolą jest po prostu malowanie obrazów. Nie potrzebuje on wytrycha ?sztuki?, aby uwiarygodnić swoją twórczość. Nie potrzebuje być artystą, aby jego obrazy były dziełami prawdziwie wartościowymi, działami sztuki. Obraz wreszcie stał się tym, czym powinien być i w swej najgłębszej naturze jest ? po prostu powierzchnią pokrytą farbą.

Dlaczego tak lubię malarstwo Dzikich, Młodych Dzikich, malarstwo lat 70-tych? Przede wszystkim imponuje mi energia, impet i rozmach, z jakim twórcy tacy jak Baselitz, Kiefer, Richter i inni, przywrócili sztuce aktualnej zwykłe malarstwo. A może oni jedynie wywrócili o 180 stopni, wywinęli na drugą stronę? Przypomina mi się tu modernistyczna w swym charakterze zagrywka Baselitza, który swe figuratywne obrazy wieszał do góry nogami, wbrew naszej logice i przyzwyczajeniom. Ten zabieg na własny użytek odczytałem jako przestrogę ? ?nie patrz na obrazy wyuczonymi schematami, nie oczekuj porządku, który już znasz, zachowaj świeże spojrzenie?. Ponowoczesna rewolucja wydaje mi się wiele ważniejsza niż spory między kubistami a fowistami, niż następstwa szkoły nowojorskiej i wybrzeża zachodniego. Bo jest to zmiana trwała, porównywalna w mojej opinii do rewolucji impresjonistycznej. Malarstwo doby postmodernistycznej zmieniło swoje nastawienie, odrzuciło kryterium nowości jako najistotniejsze. Barometrem współczesności stały się nie rozwiązania formalne, ale treści przekazywane w obrazach.

Rodzi to za sobą wiele zabawnych nieporozumień, bo ludzie przyzwyczajeni przez lata awangard do twórczości postępowej, zwykli nazywać to, czego nie są w stanie zrozumieć ?zbyt nowoczesnym?. Dziś malarstwo nie szuka ogółu, nie szuka reguły lub zasady (samo to zdanie jest już w rzeczy samej tej tezy zaprzeczeniem), lecz delektuje się detalem, wypłukuje z masy brudu i chaosu diamenty, filtrowane wrażliwością lub wyobraźnią twórców. Tylko od ich własnej intuicji, możliwości i talentu zależy, czy będą w stanie swoje wytwory uczynić ważnymi.

Najwspanialsze, ale i najtrudniejsze jest to, że artysta współczesny ? w tym także i malarz ? nic nie musi. Jednak malarze, z których pleców zdjęty został ciężar odpowiedzialności za Sztukę, muszą przyjąć kolejne, nieprawdopodobnie trudne wyzwanie. Przy absolutnej wolności, gdy każde zdarzenie na płótnie uchodzi i jest w stanie znaleźć swoją legitymizację, gdy każdemu zdarzeniu na płótnie jesteśmy w stanie nadać dowolne znaczenie, tylko wierność, autentyczność i prawda mają wagę. Wobec płótna, liczy się tylko ekstremalna szczerość.

Nie lubię, gdy ktokolwiek przecenia znaczenie obrazów. Ich rola nigdy nie jest większa niż ta, jaką jesteśmy w stanie im nadać. Dziś malują miliony ludzi produkując miliardy obrazów. I co? I nic! Nic nie musi z nich wynikać. Tak samo, jak nic nie musi wynikać z tego, że ktoś pod nosem bełkocze sam do siebie. Jeśli ma coś ciekawego do powiedzenia, jeśli jesteśmy w stanie go zrozumieć, jeśli sprawia nam przyjemność słuchanie go ? to słuchamy. Tak samo jest z malarstwem, z obrazami. Tak samo jest z muzyką, piosenkami i utworami. Zatem wierność sobie i poczucie odpowiedzialności za samego siebie nie jest jedynie udziałem artystów, ale równocześnie, i w nie mniejszym stopniu, jest potrzebna odbiorcy. Tu nie chodzi o konsekwencje złego wyboru, tu po prostu szkoda czasu na poświęcanie się nieważnym i błahym sprawom. Przy takiej nadprodukcji wartościowych, a z poziomu zwykłej egzystencji niepotrzebnych rzeczy, prawdziwie bogatym może czuć się człowiek, który jest w stanie z nich korzystać, przeoblekając to w wymiar duchowy i intelektualny. Człowiek, odbiorca ? dumny z cywilizacji, w której żyje i którą kształtuje, pozostanie nadal prostakiem, jeśli nie wykształci w sobie swojej własnej, indywidualnej wrażliwości. Różnica między cywilizacją a kulturą polega na rozróżnieniu między tymi mechanizmami, które są poza nami, a tymi, które są w nas. Malarstwo zwyczajowo zaliczamy i będziemy zaliczać do obszaru kultury dopóty, dopóki będzie ono wymiarem, przyczyną i skutkiem wyjątkowej, osobistej i indywidualnej wrażliwości.

Jakie jest w takim razie moje odniesienie do tych spraw? Całym swoim zaangażowaniem i poświęcaniem się malowaniu, szukam odpowiedzi na pytanie ? w jaki sposób może ono być ważne dla mnie osobiście. W jaki sposób, czynić kodowane na obrazie symbole wartościowymi znakami mojego języka? W jaki sposób układać te znaki, by zdania z nich złożone były mocne, istotne dla mnie samego, także angażujące i inspirujące do kreowania następnych słów, zdań, opowieści. To malowanie to historia mnie samego, o mojej prywatności i autentyzmie, to przejaw mojej wrażliwości. Wierzę, że dopóki jest to ważne dla mnie, może znaleźć się ktoś, dla kogo również może stać się ważne. Malując samemu i stawiając malarstwo w centrum daję świadectwo innym, że może ubogacać mnie i czynić lepszym. Nie uważam się jako malarz za kogoś wyróżnionego, za artystę jako ?pierwszego? w szeregu. Uważam, że warto malować i być po prostu szczęśliwym, mogąc to robić i robiąc to. To szczęście jest trudne, bo jest zderzeniem z sobą samym bez taryfy ulgowej, ale jest przy tym piękne, bo jest uczeniem się siebie.

III

Sprawa jest jasna ? Pan Lisek nie jest ani drugim Celnikiem Rousseau, ani Pirosmanim, ani Nikiforem. Nie porywa swoimi nieprzeciętnymi umiejętnościami, nie wzrusza u niego gra kolorów, umiejętność syntezy formy ani rozpracowania walorów. Czy zatem zasługuje na wystawę? Tak! Ale nie dlatego, że jest lepszy od innych, czy jako twórca jest bardziej oryginalny. Imponuje on mi tym, że w jego sytuacji życiowej, jest miejsce na zwykłe malowanie. Pokazujemy na Odolańskiej właśnie te obrazy jako przykład, że bez względu na wszelkie artystyczne mody, trendy, rzemieślnicze wymogi oraz profesjonalizm wykonania, obraz, zwykła kartka papieru pokryta farbami, może być w najprostszy sposób ważna dla kogoś. Ważna na tyle, aby istniała potrzeba i chęć namalowania oraz siła, aby to robić ? bez oglądania się na cokolwiek. O to właśnie nam chodzi ? o promowanie malarstwa nie w kategoriach sztuki, ale obrazu, który w zwykły sposób pełni istotną rolę w życiu.

Załóżmy jednak, że nazwę obrazy Pana Liska sztuką. Co to w ich odbiorze zmieni? A jeśli nazwę je geometrią? A co, gdy zakwalifikuję je, jako formę terapii. W idealistycznym punkcie widzenia, jaki staram się promować na Odolańskiej, najważniejszy w odbiorze obrazu jest bezpośredni kontakt, spojrzenie czystym okiem. Wszelkie kategorie, konteksty i odniesienia stanowią pryzmat, który może być pomocnym dodatkiem, może uświadamiać pewne aspekty, których nie byliśmy świadomi, ale nie może być pod żadnym pozorem głównym punktem widzenia. Najważniejsze w patrzeniu na obraz jest odrzucenie wyuczonego schematu. Nie może on zastępować własnego spojrzenia. Jeśli nie umiemy w czysty, osobisty, szczery sposób patrzeć na namalowany obraz i w sposób niezależny od wszystkiego ustosunkować się do niego, to w ogóle oglądanie go mija się z celem. Wartość malarstwa, jako formy wypowiedzi, jest dlatego tak wyjątkowa i wielka, że wymaga ono absolutnej szczerości zarówno u twórcy, jak i u widza. Bez niej jakikolwiek kontakt z obrazem staje się bezcelowy.

IV

Pan Lisek jest bezkompromisowy. Nie bawi się w konwenanse. Przypomina mi się taka scena, gdy chciał nakarmić ptaki w warszawskich Łazienkach. Przekroczył bramę i ledwie w granicach parku, bez zbędnych ceregieli wysypał całą zawartość siatki z ziarnami na ziemię. Uderzyło mnie to, bo w tej prozaicznej czynności zamanifestowało się zjawisko, które fascynuje również w obrazach.

Lisek nie udaje, nie szuka wymówek, nie zasłania się okolicznościami, nie ma wątpliwości. To zasadnicza cecha, objawiająca się zarówno w jego życiu, jak i malarstwie. Jest bezpośredni. Po przekroczeniu bramy, spełnia się warunek, jaki kryje hasło wyprawy do parku. Nie czeka, aż zwierzęta podlecą, aby delikatnie, powolnie rozsypywać pokarm. Dla niego nie ważne jest karmienie jako długotrwały proces. Staje się to tylko komplikowaniem sprawy, która sprowadza się przecież do dostarczenia ptakom jedzenia. Jemu radość i poczucie spełnienia dostarcza fakt wykonania czynności ? i zrealizowania tego możliwie najprościej, najbardziej bezpośrednio, bez odwracania uwagi od meritum.

Podobnie jest z malarstwem. Gdy uświadamiam sobie, że wolne jest ono od wszelkiej kokieterii, przestaję zwracać uwagę na ?stylistykę prymitywności?. Wyraźniejsze staje się bogactwo emocjonalnego zaangażowania. Gdy uwierzę Liskowi, że jest szczery i ekstremalnie bezpośredni, nie jestem w stanie spojrzeć na jego obraz inaczej niż na malarstwo wielkiego formatu.

Zadaniem Pana Liska jest namalować obraz. Jego praca polega na malowaniu obrazów. Nie wdaje się w zbędne dywagacje, nie komplikuje spraw ponad miarę. A miarą jest farba nałożona na papier.

Pan Lissowski nie zakładał sobie żadnego ograniczenia a priori, a przecież od strony formalnej jego obrazy są bardzo jednorodne. Jego horyzont i gama rozwiązań ikonograficznych są raczej wąskie. Sprowadzają się do elips, szkicowo zaznaczonych geometrycznych form, rozstrzelonych z ekspresyjną mocą. Pojawiają się szablonowe pejzaże, rzadko jakiś kolaż. Jednak to, co fascynuje, to nie różnorodność rozwiązań formalnych, a autentyczna szczerość, która gwarantuje tę samą moc i intensywność w każdym obrazie, bez względu na to, jak schematyczny on jest. Lisek w ramach ustalonego porządku, maluje coś więcej niż tylko elipsy. Bo ta elipsa za każdym razem jest znakiem jego emocjonalności, jego kondycji lub humoru. I to mnie właśnie zawsze zaskakuje, że w każdym obrazie ? jakikolwiek by on nie był ? widzę Liska innego.

Oglądam jego obrazy i podziwiam z jaką łatwością i bezpretensjonalnością chwyta za pędzel i kreśli zawsze trafione kształty. Przypomina w tym mistrza chińskiej kaligrafii. Dopóki malując pozostaje szczery, dopóty nie ma ryzyka, że popełni błąd. W sytuacji totalnego oddania, pojęcie błędu staje się nieużyteczne. Nie można wtedy głośno podjąć wartościowania, co jest lepsze, a co gorsze. Każdy sąd będzie subiektywny, więc stosowany tylko na własne potrzeby. Jedyne, co można twierdzić zasadnie, to pojęcie inności. Każdy obraz jest inny, mimo iż jest podobny. Każdy obraz jest śladem, jest świadectwem. Jest dowodem wewnętrznego uporządkowania, jest jedną z propozycji modelu jego świata.

Nagle przychodzi mi do głowy i szumi pewna myśl, od której nie mogę uciec. Wyciągam albumy Dominika, Tarasewicza i Fangora. Kartkuję je z rosnącym sceptycyzmem i chcę wrócić szybko do Liska. Jemu po prostu ufam.

Film i katalog o Panu Lisku

Z okazji wystawy “Lisek.Najlepsze” powstał film, w którym znajomi, przyjaciele i sąsiedzi opowiadają o malarzu i naświetlają nam nieco jego postać. Sam Pan Zbyszek Lissowski nie dał się namówić na występ przed kamerą. Realizacja: Wawrzyniec Skoczylas

Ponadto dostępny jest katalog, w którym znajdują się reprodukcje, traktat o malarstwie Pana Liska oraz esej kuratorski Michała Chojeckiego i tekst Wawrzyńca Skoczylasa. Katalog przygotował Wojtek Chełchowski.

>>> POBIERZ KATALOG <<<

Prezentacja z wystawy Piwnica Odolańska 10 w grudniu 2009

>>> POBIERZ <<< Prezentację w formacie pdf.

Rozmowa z Wojtkiem Chełchowskim.

Rozmowa odbyła się na wiosnę 2009 roku w pracowni na przearanżowanym Korytarzu ASP w Warszawie, który w tym czasie pełnił funkcję miejsca najważniejszych spotkań i dyskusji. Pierwotnie tekst wszedł w skład wyboru artykułów zamieszczonych w mojej pracy magisterskiej. Poniższa wersja została poddana ponownej autoryzacji, Wojtek Chełchowski wprowadził nieznaczne zmiany do swoich wypowiedzi (luty 2010).
Tekst zilustrowany jest zdjęciami Wawrzyńca Skoczylasa wykonanymi w czasie kręcenia materiałów do filmu o Korytarzu.

I

Wojtek Chełchowski: Ten obraz bym już zostawił. Ty przemalowujesz stare obrazy?

Michał Chojecki: To bardziej skomplikowane. Mam takie podejście, że staram się nie malować emocjami, tylko chcę, aby obraz był stabilniejszy. Cały proces malowania polega na tym, że generuję bardzo różne wariacje, obraz się ciągle zmienia, przetwarzam go, nakładam farbę, robię z niej rysunek, zostawiam aby zasychała. Przychodzę następnego dnia do pracowni, obraz się zmienił, wysechł, w jakiś sposób i ja to dalej modyfikuję, zmieniam. Najczęściej kończę obraz wtedy, gdy on jest już chemicznie gotowy, gdy reakcje się zakończyły.

WC: A co z tą stabilnością? Jeśli nie emocje, to co?

MCH: Emocje zmieniają się co sekundę, miliony ludzi przeżywają paroksyzmy co 5 sekund. Gdybym chciał malować emocjami, to musiałbym malować setki obrazów na godzinę. Chcę aby obraz wywoływał emocje, a nie aby był zapisem emocji. Po co je zapisywać, skoro je przeżywam? Szkoda czasu…

WC: Po co je wywoływać?

MCH: Aby je przeżyć. Ale również by sprowokować do myślenia. To jest również refleksja intelektualna. Nie tylko literacka i strukturalna, czyli czym jest obraz. Refleksja nieopisana w żaden sposób, niesklasyfikowana werbalnie. Spłaszczanie obrazu tylko do emocji też jest bez sensu.
Wracając do zamalowania. Nie lubię niszczyć ani zamalowywać obrazów. Ale jest wiele takich rzeczy do których nie mam sentymentu po jakimś czasie.Lubię samowystarczalność farby. Mógłbym nic nie robić, a ona sama maluje obraz. Sama się zasklepia i tworzą się struktury, które dają mi taką banalną, podstawową przyjemność wizualną.

WC: Czyli chodzi o satysfakcję wizualną? Ale chyba nie istnieje taki przedmiot, który potencjalnie nie mógłby sprawić przyjemności wizualnej.

MCH: Moja rola w tym wszystkim jest taka, że ten obraz może dać nie tylko przyjemność estetyczną, lecz także przyjemność intelektualną. Obraz nie jest niczym szczególnie lepszym niż kratka wentylacyjna czy brudny papier pakowy, na którym stoję teraz. Pytaniem jest, czy jestem w stanie to jakoś odnieść do swojego własnego życia, do swojej kondycji, do kondycji ludzi w ogóle. Jeśli maluję na płótnie farbami, to używam takiej konwencji, która zakłada z góry przekaż czegoś ważnego, że warto się w ten obraz zagłębić, że on mi może dać coś więcej, niż tylko czysto estetyczna satysfakcja. Bo widziałem wiele brudnych papierów pakowych, które były dużo bardziej interesujące od obrazów. Naprawdę.

WC: Ale musisz jeszcze mieć coś do przekazania. Nie możesz być bezwartościowy.

MCH: Myślę, że trzeba malować dla siebie, trzeba być swoim własnym pierwszym odbiorcą. Czasami wracam do swoich dawnych obrazów właśnie jako widz.

II

MCH: Gdy palę swój obraz, to nie robię tego aby komuś coś manifestować. To jest bardzo osobiste. Gdybym po namalowaniu każdego obrazu spalał go, byłoby to tylko i wyłącznie osobiste.

WC: Ale to jest emocjonalne!

MCH: Nie, zupełnie nie. To by było decyzją, podkreśleniem tego, co rozstrzyga się w tobie w czasie malowania i finalnie krzepnie w formie obrazu. Spalasz, czyli pozbywasz się efektu działania na emocjach. Totalne podejście do obrazu, on ci jest potrzebny, aby coś przeżyć i sformułować. Jak to wyrazisz, to po co ci ten obraz?

WC: Destrukcja powoduje emocje. Tak samo silne jak tworzenie.

MCH: Malowanie obrazu jest bardzo skomplikowanym ciągiem różnych działań i decyzji. Spalenie wręcz odwrotnie, jest jednorazowym gestem. Choć pewnie można by robić to powoli, zdejmować z krosna, zrywać farbę… Spalenie jest drastyczne, jest stanowczym odcięciem się i zostawieniem tylko tego, co przeżyłem i do czego obraz był mi potrzebny w czasie malowania.

WC: A odbiorca?

MCH: Ja jestem odbiorcą. A czy to jest jeszcze sztuka? Nic mnie to nie obchodzi. Interesuje mnie to, co się dzieje ze mną w kontakcie z obrazem.

WC: Dla mnie, słowo sztuka jest dużo mniej ważne, niż słowo wypowiedź. Czy ty się wypowiadasz?

MCH: Tak! Ja formułuje myśli w języku obrazowym. Tak jak teraz używam języka werbalnego i prowadzę z tobą rozmowę aby się zastanowić nad jakimiś problemami, przemyśleć je i wypowiedzieć sądy, które uporządkują chaos w mojej głowie. W czasie tej rozmowy powstają bodźce, które pomagają mi po prostu zastanowić się. Tak samo jest z malowaniem, robię to po to , abym rozmawiając z tym płótnem, mógłbym sobie coś pomyśleć. Prowadzę z nim dialog, rozmawiam, obserwuję, kłócę się kiedy nie jest mi posłuszny.

III

WC: Malarstwo to są fusy. To, co wartościowe ucieka, a na sicie pozostają brudy. I gdy oglądam te swoje brudy, czuję się marną osobą…

MCH: Ale o ile uboższą osobą był byś, gdybyś nie zrobił tych obrazów i tysięcy rysunków.

WC: To jest po prostu zapis. Gdy źle się czuję, to moje malarstwo jest wypowiedzią “źle się czuję”. Jedyne, co z tego mam, to możliwość spojrzenia na siebie z dystansu. Jak to może mnie wzbogacać? Oczyszcza raczej?

MCH: To nie jest tylko kwestia oczyszczenia, analogicznie jak z tymi płynami o których mówimy. Sprawa nie ogranicza się tylko o gaszenie pragnienia. Napój również smakuje, może lepiej, może gorzej, a może po prostu inaczej. Gdyby chodziło tylko o gaszenie pragnienia, to by inne gonie miało znaczenia, co pijesz. Tak samo z obrazami ? liczy się za każdym razem bezpośrednio to, co namalujesz.

WC: Ja po prostu ciągle się zastanawiam, jak jestem w twojej pracowni, czy my robimy to samo czy coś innego. Bo są ciągle różnice w podejściu do tego przedmiotu, jakim jest obraz, między bodźcem, który kieruje nami. Różnica, którą ja widzę, jest taka, że ty gadasz z obrazem, a ja ze sobą. Bo różnica, że coś wymaga czasu, albo że materia narasta, to już nie jest żadna różnica.

MCH: Dlaczego rozmawiasz sam ze sobą?

WC: Ja nie mam specjalnych oczekiwań od obrazu. Czekam na niespodziankę, ale nie chodzi mi o to, żeby coś od tego obrazu dostać. Robię go, ponieważ mam chęć coś pokazać. Gdy mówię teraz do ciebie, to dlatego że chcę ci coś powiedzieć. Może też chcę dostać odpowiedź… Po to jest mi twoja reakcja na mój obraz.

MCH: To nie rozmawiasz ze sobą, ale z innymi ludźmi. Tylko zamiast słów, używasz obrazów. Ja rozmawiam z płótnem w tym sensie, że nie potrzebuję osób trzecich. Przynajmniej w takiej idealistycznej deklaracji. Ty rozmawiasz z innymi osobami poprzez to płótno. Opowiadasz o sobie.
Najbardziej jestem zadowolony z obrazów, które malowałem w zamknięciu. W ogóle nie jestem zadowolony z obrazów, które maluję tutaj, na korytarzu w szkole. Mam wrażenie, że każdym ruchem deklaruję coś, czego nikt nie powinien odbierać. To jest trochę jak sranie przy otwartych drzwiach. Nie chodzi tu o łamanie tabu czy pokazywanie czegoś obrzydliwego…

WC: To jest coś intymnego?

MCH: Pokazywanie tego na tym etapie niczemu nie służy, tylko ciekawości. Bo chyba tylko ciekawością można tłumaczyć podpatrywanie, jakie kto robi miny w toalecie. Ja po prostu nie chcę, aby ludzie widzieli co się ze mną i obrazem dzieje w momencie malowania. Chyba że sam zdecyduję, że chcę to pokazać. A czasami to robię, ale wykorzystuję do tego inne medium, nie robię tego bezpośrednio. Na pewno daleki jestem od robienia czegoś takiego, że ?uwaga, maluję? i ostentacyjnie mażę przy ludziach, to byłaby perwersja. Z innej strony, właśnie u mnie proces jest ważny, jak ten obraz się formuje. Pokazuję go od strony technicznej, tak aby odbiorcy uczyli się korzystać z obrazu, aby odsłonić im warstwę znaczeń, które przez potoczne rozumienie obrazu jako sztuki, jest gubione. W publicznej dyskusji operuje się banałami i truizmami, które zasłaniają sam pierwotny obraz.

WC: O jakiego typu rzeczy ci chodzi? Chcesz wywołać niepokój, lęk…?

MCH: Nie ma czegoś takiego jak niepokój, czy lęk. Na poziomie relacji estetycznych nie ma czegoś takiego. To są tylko słowa i kategorie werbalne, których mogę używać na poziomie języka werbalnego. Nie mieszajmy pojęć i poziomów, nie operujmy narzędziami wypracowanymi przez język werbalny do opisywania języka obrazowego. Ja się czuję szalenie bogatym człowiekiem, gdy stoję przed obrazami i żadne proste lub skomplikowane słowa nie są w stanie tego opisać. To jest właśnie urok malarstwa. Moja naiwna wiara jest taka, że skoro mnie te obrazy są tak potrzebne, to mogą być potrzebne i innym ludziom. Ale tylko do momentu, gdy ja sam jestem w stanie z ich czerpać. Jak nie potrafię ich szczerze przeżywać, to nie mam moralnych kwalifikacji do tego, aby to komukolwiek pokazywać.

WC: A gdy stajesz przed cudzym obrazem, to na ile jesteś w stanie go czytać?

MCH: Zależnie od mojej wiedzy jestem w stanie nadawać mu jakieś znaczenia, które możliwe, że są zbieżne z tymi, które nadawał im autor. Ale przede wszystkim, najważniejszy jest mój zupełnie prywatny kontakt z tym obrazem. Czyli prosta rzecz: czy on w ogóle podoba mi się wizualnie. Jaki jest jego wpływ na mnie, co ja przeżywam gdy z nim obcuję. Ja za każdym razem patrząc na jakiś obraz redefiniuję to wszystko… Siebie… Wiesz, ja dość mało może jak na plastyka oglądam, więcej czytam. Uczę się myśleć o obrazie na przykładzie malarstwa innych twórców. Natomiast gdy staję przed obrazami, często mam problem z wiarygodnością. Boję się zaangażować, utożsamić, otworzyć. Ta cała sytuacja z pokazywanym publicznie obrazem jest bardzo niepewna. Nie umiem zejść do tego pierwotnego poziomu kontaktu z obrazem w białej przestrzeni galerii. Dlatego zabieram co ważne, kradnę różne rzeczy, które mogą mi się przydać i zamykam się w swojej pracowni. Oglądam cudzą twórczość i widzę w niej problemy malarskie, które mogą otwierać u mnie nowe drogi rozwoju. Korzystam z tego. Natomiast bardzo mało jest malarstwa, które byłby mi szczególnie bliskie ikonograficznie. Jeśli jest, to nie za bardzo dostępne. Malowanie na własną rękę zdecydowanie rozwiązuje ten problem. Mogę mieć tyle i takich obrazów, jakie chcę.
Malowanie jest językiem, który ma swoje ścieżki i struktury. Jest też modelem myślenia. Nie modelem w sensie ogólnym, nie chodzi mi o model wszechświata. Jest tylko jednym z modeli, który mnie ogromnie fascynuje. Mam dużą satysfakcję obliczając jakieś niewiadome tego modelu, zmieniając i uaktualniając jego założenia, rozszerzając i komplikując. Pewne struktury tego modelu mogą się przeplątać ze strukturą życia codziennego, dlatego te obrazy mają czasem wymiar ogólnoludzki, humanistyczny. Natomiast unikam patosu i generalizowania…

WC: Co do funkcji obrazów które robię, to mają działanie oczyszczające. To jest ich funkcja. Dla odbiorcy działa ona na zasadzie utożsamienia się i to jest dla niego? ale nie tylko bo jak już mówiłem, jego reakcja może być pomocna. Rzeczywiście, jest to rozmowa nie tylko z sobą samym. Boję się, że gdy przestanę pielęgnować swoją niedoskonałość, to moje rysunki stracą wartość. Bo one mają tę wartość, że akceptuję w nich słabość i dzielę się nią. One starają się po prostu być szczere. Mówię nimi ?zobacz, jestem obrzydliwy?. To jest ich wartość. ?Zrobiłem to najgorzej jak mogłem?. Te obrazy i rysunki mogłyby się zamienić w książkę czy piosenkę, tak samo mógłbym nazwać ?obrazem? tę naszą rozmowę. Nie chodzi mi tak naprawdę o malarstwo, bo ono samo w sobie mnie trochę nudzi, ale o siebie, mimo że niesie to pewne ryzyko. Malarstwo jest po prostu potrzebne, ale tylko jako narzędzie, którym chcę się posługiwać? Dlatego też jestem od malowania uzależniony. Boję się przestać, bo te fusy się nie odcedzą. Mam jednak nadzieję, że jeśli zmienią się moje potrzeby, będę potrafił zmienić swoje malarstwo.
Jeśli ja jestem nieciekawy, a dla wielu osób mogę być, to jedyną nadzieją dla tego, co robię jest, że to są dobre obrazy, ale dzieje się to już poza moją relacją z nimi.

fot. Wawrzyniec Skoczylas

MCH: Jestem przekonany, że za każdym obrazem trzeba zaczynać od nowa. Ja muszę podejmować decyzję, że chcę ten obraz zrobić. Nie chcę deklarować bycia malarzem i tego, że już zawsze będę malował obrazy. Za każdym razem powód do namalowania obrazu musi być równie silny, jak powód, dla którego namalowałem pierwszy obraz, dla którego zacząłem malować.

WC: Bałbyś się przestać malować?

MCH: Boje się i mam jakieś podskórne przeczucie, że przestanę, że nie dam rady.

WC: Dlaczego się boisz?

MCH: Boję się, że zrezygnuję z czegoś, co powoduje, że codziennie mam coś ważnego do zrobienia. W pewnym momencie zabraknie mi siły, żeby się martwić kolejnymi rzeczami, które są luksusem. Malowanie jest luksusem. Jest podważaniem wiary, aby zmotywować się do ciągłej redefinicji siebie. Aby nie wpaść w rutynę i bezrefleksyjność.

>>> Blog Wojtka Chełchowskiego

Wystawa Pana Liska na Odolańskiej 3-6.III.2010

O WYSTAWIE “LISEK. NAJLEPSZE”
Wystawa Pana Liska, malarza znanego w okolicach pl. Unii Lubelskiej, jest kolejną z serii pokazów przygotowywanych przez kolektyw młodych twórców skupionych wokół pracowni na Odolańskiej 10. Tym razem postanowili wziąć na warsztat twórczość człowieka spoza jakichkolwiek układów, środowisk i obszaru zainteresowań galerii. Artyści przybierający rolę kuratorów, zderzają Liska nie tylko z ich własną twórczością, co dzieje się przez pokazanie go w bardzo konkretnym miejscu, jakim jest własna pracownia, ale i w szerszym kontekście przez zestawienie z wybranymi postaciami sztuki najnowszej. Nie mniej jednak pozostaje to wciąż przede wszystkim wystawa malarstwa, na której oglądać można serię nowych prac jak i wybrane obrazy z wczesniejszych lat.

Zbigniew Lissowski
Artysta malarz “Lisek”

Urodzony w Warszawie w 1953 roku.
Miał wystawy w Warszawie, Warszawie, Warszawie, Poznaniu, Krakowie, Poznaniu, Krakowie.

Posługuje się głównie akwarelą, ale maluje również farbami akrylowymi i temperą. W niektórych pracach posługuje się techniką kolażu. Obrazy wykonuje tylko i wyłącznie na formatach A4 i A3 orientowanych poziomo.

Wernisaż 5 marca 2010 o godz.19
wystawa czynna 6-7 marca w godz. 16-20

Podczas wernisażu odbędzie się aukcja, na której licytowane będą obrazy Pana Liska. Ponadto wystawie towarzyszy katalog, który dostępny jest w wersji elektronicznej na stronie internetowej www.odolanska10.pl Zapisy na wydanie drukowane pod adresem m_chojecki@o2.pl

>>> POBIERZ KATALOG <<<

Pracownie w piwnicy, Odolańska 10, wejście od podwórza, Warszawa, Stary Mokotów.

KURATORZY:
Wojciech Chełchowski
Michał Chojecki
Wawrzyniec Skoczylas

Wystawa “Piwnica Odolańska 10″, 4-6.XII

INFORMACJE O WYSTAWIE:

Wystawa PIWNICA ODOLAŃSKA 10 prezentuje prace grupy młodych twórców, wywodzących się z warszawskiej ASP. Jest to drugi z serii pokazów odkrywających nowe przestrzenie, które zostają zaadaptowane jako miejsca ekspozycji sztuki. Śródmiejskie podwórko, prywatne mieszkanie czy mokotowska piwnica – jak się okazuje, lokalne, oddolne inicjatywy, mogą stać się równie ważnym ośrodkiem prezentacji
twórczości co tradycyjna galeria.
Nie jesteśmy grupą artystyczną, nasze poszukiwania są indywidualne i różnorodne. Filmy i animacje, sztuka figuratywna i nieprzedstawiająca, fotografia i obrazy – oto teren naszych działań. Wystawa ta nie jest dzieckiem jednej myśli, wspólnego tematu, czy podobnego widzenia świata. Jest ona raczej wynikiem wspólnych spotkań w pracowni przy jedzeniu, obrazach i muzyce, jest skutkiem zetknięcia się ze sobą inspirujących, różnorodnych osobowości. W końcu to przede wszystkim skutek godzin wspólnych rozmów, dyskusji, sporów – również tych nie rozstrzygniętych.

ARTYŚCI BIORĄCY UDZIAŁ W WYSTAWIE:

Michał Chojecki (ur.1985) – www.michalchojecki.com
Wojciech Chełchowski (ur.1983) – www.chelchowskiart.blogspot.com
Bartosz Gregorek (ur.1987)
Andrzej Szpindler (ur.1985)
Jakub Turczyński (ur.1984) – www.kubaturczynski.pl
Stanisław Wójcik (ur.1982) – www.stanislawwojcik.com

WYDARZENIA
piątek 4.XII godz. 19:00 *wernisaż
sobota 5.XII godz. 19:00 *wykład odczyt Andrzeja Szpindlera
niedziela 6.XII godz. 19:00 *finisaż – kolacja w ramach cyklu ?Jedzenie zamiast
sztuki?

Wystawa czynna w dniach 5-6.XII w godz.12-20.
Piwnica kamienicy przy ulicy Odolańskiej 10, wejście od podwórza, Warszawa, stary mokotów.

Spalone Obrazy

Michał Chojecki – Portfolio – Katalog 2009

Do pobrania:
http://michalchojecki.com/pdf/mch_portfolio_2009.pdf

Bez tytułu 190/200


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
190/200cm
2009

Notatki do dyplomu.

Tekst ten jest fragmentem mojej pracy magisterskiej, przygotowanej pod opieką prof. Wojciecha Włodarczyka. Składają się na niego notatki, z których część została wykorzystana również w filmie dyplomowym.

1.
Opieram się na reakcjach chemicznych. Na tym, co dzieje się z farbą. Walka z obrazem jest próbą opanowania jego biologiczności. To jest organizm, który żyje, rozwija się, który doprowadzam do określonej formy i pozwalam mu zastygnąć.
2.
Chodzi o to, aby zgrać dwa momenty. Pierwszy, w którym rozwijający się biologiczno chemiczny organizm farby zastyga. Drugi, gdy obraz uzyskuje ikonograficzną pełnię, gdy farba jest tak uporządkowana, że jej formy mogą przybierać satysfakcjonujące mnie znaczenia.
3.
Nie zawsze się to udaje. Ale to nie kwestia przypadku. To jest ciąg bardzo konkretnych reakcji chemicznych, możliwych do przewidzenia i wyuczenia. Jeśli obraz zastygnie, zanim ukształtuję formy, to jest mój błąd warsztatowy. Jeśli obraz jeszcze się rozwija, nie okrzepł, a ukształtowałem już końcowe formy, one się zmienią niezależnie od moich intencji, organizm obrazu je zmieni.
4.
Moja rola, jako malarza to nie tylko nakładanie farby. To także czuwanie, obecność przy obrazie. Ja się nim opiekuję, prowadzę go, pokazuję mu ścieżki, którymi ma się poruszać, jak ma rosnąć i się rozwijać. Do momentu, w którym będzie samodzielny.
5.
Przygotowywanie farb na własną rękę to jest zbieg okoliczności. Zacząłem to robić, bo po prostu to o wiele tańsze, niż dobre farby w tubie, a jakość nieporównywalnie lepsza. Poza tym przygotowuję farby ze specjalnym nastawieniem, pod konkretny obraz. Kompozycja obrazu zaczyna się już w momencie doboru materiałów do przyrządzenia farb. Każda substancja ma inne właściwości, inaczej się zachowuje, inne efekty można uzyskać. Wykorzystuję właściwości farby, aby zbudować obiekt, który będzie unikatowy, niemożliwy do wykonania w inny sposób. Samo przedstawienie, wizerunek czy reprodukcja nie wystarczą. Liczy się oryginał i kontakt z oryginałem.
6.
Płótna zbijam samemu, mimo iż robię to fatalnie. Źle kleję, czasem krzywo naciągam, nierówno gruntuję. Ale gdybym miał to zrobić perfekcyjnie, to pewnie skończyłoby się to tak, że nic bym nie namalował. Dla mnie teraz najważniejsze jest, aby namalować mimo wszystko, za wszelką cenę.
7.
Ja mam bardzo użytkowe podejście do obrazu. Maluje go, bo do czegoś go potrzebuje, on mi czemuś służy. Jest mi potrzebny do sformułowania jakiejś wypowiedzi, do zapisania myśli, do zastanowienia się nad czymś. Obraz służy temu, abym malując go mógł uporządkować chaos myśli, poglądów, wyobrażeń, przeczuć. Jako twórca, maluję go dla siebie, czyniąc z siebie pierwszego odbiorcę. Obraz służy temu, abym przed nim stojąc i widząc go, mógł coś sobie pomyśleć i coś poczuć.

8.
Chcę, aby ludzie widzieli obraz jako obraz. Chcę, aby odnosili go do siebie, do swojego życia, nadawali mu swoje znaczenia. Moja osoba jest tutaj nie istotna. Ja nie wystawiam siebie, ja wystawiam obrazy. Jednak, gdy się pojawiam w kontekście obrazów, tak jak w dyplomie, mogę służyć tylko przykładem, jak korzystać z tych obrazów, jakie znaczenia i jaki sens można im nadać. Ale ja to robię na własny użytek, a takie znaczenia, jakie nadaję i konteksty, jakie wskazuję, mogą się okazać istotne tylko z mojego punktu widzenia. I nie powinno to nic zmieniać w kontakcie innych ludzi z tymi obrazami.
9.
Uważam, że nie to nie jest istotne, czyja ręka maluje obraz. Ważne jest, czyja głowa prowadzi tę rękę. Załóżmy, że jestem w stanie opisać proces powstawania obrazu tak, że ktoś inny maluje za mnie. Jeśli używam różnych materiałów do uzyskania rożnych efektów, jeśli wykorzystuję charakterystyczny ślad szpachli czy różnych rodzajów pędzli – tak samo wykorzystuję innego człowieka, z jego kompletnie innym wyczuciem materii malarskiej, kompletnie innym gestem i tą fizyczną, bardzo fizyczną stroną malowania obrazu.
10.
W malowaniu nie ma niczego nadzwyczajnego, żadnej magii, żadnej niesamowitej aury, żadnego natchnienia. Za to jest brud i taplanie się w farbie. Są receptury, precyzyjnie opisana technologia, proste sztuczki techniczne, które jakoś trzeba wykorzystać.

11.
Obraz, to jest zwykłe płótno pokryte farbą i tylko to, w jaki sposób one jest nią pokryte decyduje o tym, czy to jest dobry, czy zły obraz.
12.
Każdy proces twórczy zawiera możliwość błędu. Gdy ten błąd powstanie, trzeba go skorygować. Malowanie obrazu polega na działaniu i korekcie, kolejnym działaniu i kolejnej korekcie. Najważniejsze nie jest samo działanie, ale to, w jaki sposób się do niego ustosunkuję.
13.
Obraz nie jest niczym szczególnie lepszym niż jakikolwiek inny przedmiot, tylko kwestia jest taka – czy jestem w stanie to jakoś odnieść do swojego własnego życia, do swojej kondycji, do kondycji ludzi w ogóle. Czy jestem w stanie odnieść to do tradycji, kultury, cywilizacji. Czy jestem w stanie uwiarygodnić sens, płynący z interpretacji tego przedmiotu.
14.
Malowanie jest językiem, który ma swoje ścieżki i struktury. Jest modelem myślenia. Modelem, który nie mówi o niczym więcej niż o samym sobie. Ale jest tylko jednym z wielu istniejących modeli. Pewne struktury tego modelu mogą się przeplątać ze struktura życia codziennego, z życiem codziennym, dlatego te obrazy mają czasem wymiar ogólnoludzki, humanistyczny. Ale przede wszystkim pozostają obiektem estetycznym.

15.
Podstawowy jest zupełnie prywatny kontakt z tym obrazem. Czyli prosta rzecz: czy on w ogóle podoba się wizualnie. Chciałbym, aby odbiorca nawet bez żadnej wiedzy, choćby z zakresu historii sztuki czy znajomości osoby twórcy, mógł ubogacać siebie, przeżywać coś wartościowego i zdobywać nową wiedzę. Taka sytuacja, w której jestem znowu głupi i stoję przed obrazem, ale czuję, ze jest on dla mnie ważny, jest minimum, bez którego nie ma sensu oglądanie obrazu. Obraz ma spowodować, że gdy z nim obcuję, w głowie kompletnie pozbawionej myśli, pojawia się ruch. Obraz ma pobudzać myślenie. Szersza wiedza i konteksty są tylko luksusem, ubogaceniem. Pozwalają coraz więcej z tego obrazu odczytywać i czerpać.
16.
Staję przed płótnem, widzę je i oglądam, rozpoznaję kształty, czytam je, odczuwam je fizycznie w sensie promieniowania jakiś fal, które się składają na światło, czuję zapach tego płótna… To wszystko wpływa na to, że myślę, jest bodźcem do myślenia. I po to właśnie są te obrazy.
17.
Ja bardzo dużo przebywam z obrazami, mieszkam z nimi, pracuje wśród nich. One są elementem mojego życia nie tylko, jako konkretyzacja moich myśli, ale także w sensie fizycznym, jako przedmioty codziennego użytku. Byłoby koszmarnym błędem, gdybym nie zadawał sobie pytania, po co? Dlatego tak głośno się zastanawiam nad obrazem, jako fizycznym obiektem. Dlatego tyle mówię o samym medium malarskim. Dla mnie to bardzo istotne, że buduję go od najdrobniejszych elementów, od bycia od początku, przy tkaniu płótna i uzyskiwaniu pigmentu.
19.
Mam bardzo emocjonalny stosunek do obrazów, do tego, co maluję. A to nie są często rzeczy przyjemne, to często są traumy wyrzucane, wydalane poza mnie. Jakieś podświadome, atawistyczne brudy, którym trzeba nadać formę i ująć je jakoś, aby się ich pozbyć. Lubię wracać do starszych obrazów, bo one są nie tylko zapisem, ale przede wszystkim rozwiązaniem jakiegoś problemu.
20.
A czym jest spalenie obrazu? Jest aktem bezsilności, moim przyznaniem się do porażki. Nie wszystko da się rozwiązać obrazem. Raczej da się bardzo niewiele.
21.
Malarstwo nie ma wielkiej mocy sprawczej. Może zmieniać jedynie coś małego, coś we mnie. To malowanie to jest krążeniem wokół. Jest medytowaniem okruchów, drobinek.
22.
Wolałbym unikać całościowego ujęcia. To byłaby już deklaracja, która pociąga za sobą określone konsekwencje. Chciałbym pozostać na poziomie detalu, gdy każdy obraz jest początkiem i końcem, gdy nie ma nic więcej, niż to, co jest namalowane.
23.
To wszystko, co mówię i piszę, opiera się na takim idealistycznym podejściu, na wierze, że obraz może być choćby przez małą chwile naprawdę ważny dla kogoś. Dla pojedynczego człowieka. Może pobudzać do generowania czegoś nowego w mózgu, nowej myśli. Obrazy mogą być ważne w ten sposób, w jaki nie może być ważnym nic innego. Mogą, ale nie muszą. Dla mnie istnieją ważne obrazy. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego. Po prostu potrafię w to wierzyć.

Bez tytułu 200/190


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
200/190cm
2009

Film Dyplomowy “Bez tytułu”

Film dyplomowy bez tytułu, lub Film 1
zrealizowany w Pracowni Multimedialnej Kreacji Artystycznej
na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie

realizacja:
Michał Chojecki

zdjęcia:
Tomas Rafa
Wawrzyniec Skoczylas
Marek Dakowski

muzyka:
The Engines

Poproszony o parę słów na temat multimediów w kontekście prezentacji tego filmu na wystawie Obrazowanie w Galerii El w Elblągu, napisałem poniższy tekścik:


Multimedia to hasło-wytrych. Przebiega mi przez głowę myśl, że to, co ta kategoria opisuje może znaczyć wszystko, ale może i nic nie znaczyć. Inaczej sztuka – ona zawsze coś znaczy. Gdy traci znaczenie, po prostu przestaje być sztuką. Mówienie o niej nastręcza jednak same trudności. Jest wręcz z góry skazane na porażkę. Bo w jaki sposób pewne wypowiedzi mają być reprezentatywne dla zdarzeń nieprzetłumaczalnych na język inny od tego, w którym zostały wyrażone?

Multimedia nasuwają tutaj jednak pewną alternatywę – są bardzo przydatnym narzędziem pomocniczym. Łączą w integralną całość wszystkie znane nam techniki i technologie, nowe i stare media, nabierając jednocześnie uroczej w swej użyteczności formy “dzieła totalnego”. Łączą różne formy informacji oraz różne formy ich przekazu, stwarzając wyjątkowe możliwości do omówienia tego, co nieopisywalne. Możliwości multimediów są tutaj podobne do możliwości naszej wyobraźni – można w ich ramach zrobić absolutnie wszystko.

Moje zainteresowanie budzą jednak rozwiązania najprostsze. Obrazowanie, komunikat werbalny i narracja. Jak się okazuje, pozornie niezgrabne działania mogą mieć równie wielką siłę. Banalny, nieskomplikowany w swej formie film staje się opowieścią, którą traktować można jako przewodnik po nieprawdopodobnie zawiłym świecie. Nie daje odpowiedzi, ale podpowiada, jak odpowiedzi szukać.

Mój film mówi przede wszystkim o tym, że każdy musi znaleźć swój własny sposób, powód i metodę korzystania z malarstwa – zawsze na własny użytek. Ale tak samo jest z multimediami. Kolejnym filmem mógłby być instruktaż, jak korzystać z nowych mediów – i tak w kółko. Jednak wartość tej realizacji polega na tym, że hasło “malarstwo” możemy traktować jako zmienną, pod którą podstawiamy dowolną kategorię z dziedziny sztuki i zawsze pozostaje aktualny. To uniwersalna opowieść o szukaniu miejsca na sztukę w moim codziennym życiu.

Michał Chojecki – Praca Magisterska

Do pobrania:
http://michalchojecki.com/pdf/mch_magisterka.pdf

Bez tytułu 180×160


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
180/160cm
2009


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
180/160cm
2009

JUST PAINTINGS w Galerii Fibak, V-IV.2009

“JUST PAINTINGS” – Galeria Fibak
Warszawa, Krakowskie Przedmiescie 5

Wernisaż w poniedziałek, 25 maja o godz. 19.00

Wystawa czynna w dniach 25 – 30 maja 2009

“Just Paintings” to wystawa będąca sercem projektu dyplomowego Michała Chojeckiego. Jego twórczość wpisuje się w linię malarstwa materii, a wyraźny punkt odniesienia można znaleźć w osobach polskich klasyków – Tchórzewskiego, Lebensteina czy Brzozowskiego. Jednak znaczenia tych obrazów wychodzą daleko poza dialog z tradycją. Znajdziemy więc tutaj odwołania do ikonografii prehistorycznej, kształtów biologicznych czy struktur organicznych w skali makro. Malarstwo to nie poddając się jednorodnemu sklasyfikowaniu, jest także rozległym polem refleksji nad samym medium, nad obrazem, jako przedmiotem estetycznym, którego przeznaczeniem jest prywatna konteplacja. Wątek strukturalny rozszerza fakt budowania obrazu od podstaw na własną rękę. Malarz jest przy tkaniu płótna, samodzielnie uzyskuje niektóre pigmenty oraz uciera farby z olejów, wosków i żywic. Just paintings to totalna opowieść o obrazie, po prostu obrazie. To opowieść o pasji malowania.

Bez tytułu (popiół)


Bez tytułu

olej/popiół na płótnie
30/30cm
2009

Tryptyk 3x 250/180


Bez tytułu

Tryptyk I – 2009(1/3)
Olej/wosk na płótnie
250/180cm


Bez tytułu

Tryptyk I – 2009(3/3)
Olej/wosk na płótnie
250/180cm


Bez tytułu

Tryptyk I – 2009(2/3)
Olej/wosk na płótnie
250/180cm

Seria obrazów w formacie 180/160cm


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
180/160cm


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
180/160cm


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
180/160cm


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
180/160cm

IMAGE/OBRAZ – notatki do wystawy

I) W “Définition du Néo-Traditionisme” z 1890 roku Maurice Denis napisał: “Pamiętać, że obraz, zanim stanie się koniem bitewnym, nagą kobietą lub jakąkolwiek inną anegdotą, jest przede wszystkim powierzchnią płaską pokrytą farbami w określonym porządku”(1). Sto lat później, gdy tysiące razy głoszono śmierć malarstwa, lub odwrotnie, obsadzano je w setkach obcych mu ról, uważam za stosowne powtórzyć tamte słowa. Interesuje mnie obraz jako lniane płótno, naciągnięte na drewniane krosna, powstający w procesie systematycznego porządkowania farby na płaszczyźnie.

II) Medium malarstwo rządzi się swoimi prawami: prawami biologii i chemii, fizjologii widzenia, postrzegania, specyficznymi prawami komunikacji wizualnej, kontekstem wypływającym z historii sztuki i znaczenia samego medium. Aż tyle i tylko tyle. W obrazie nie ma nic więcej, niż to co nań się składa. Obraz nie jest niczym więcej, niż farbą ułożoną w odpowiednim porządku, nabierającą adekwatnych do porządku znaczeń. “W malarstwie współczesnym to właśnie jest istotne, co zmienia farbę w pojęcie, co materiał malarski czyni nośnikiem idei” (2).

III) Intencją tego tekstu jest budzenie refleksji, a nie tłumczenie samych obrazów. Nie uprawiam hermeneutyki, nie uprawiam “sztuki”, nie uprawiam ilustracji. Rozdzielam obraz i medium od terminu malarstwa. Nie ma malarstwa abstrakcyjnego, samo pojęcie “malarstwo” jest abstrakcyjne i istnieje dopiero na poziomie uogólnienia. Bez fizycznego obrazu, ale i na poziomie materialnego płótna i pigmentu, jest tylko suchym terminem.

IV) Medium malarskie jest trwałe i uniwersalne, wciąż gotowe do konstruowania/krystalizowania/materializowania idei, stawiania pytań i szukania odpowiedzi w rejonach niedostepnych dla innych form sztuki. Poddające się skomplikowanym ekperymentom i dekonstrukcjom – ale wciąż niezmiennie wiarygodne – jest gotowe do eksplikowania aktualnych treści.

V) Moim celem jest próba przekonania widza, aby patrząc na “Obraz” widział zwykły obraz, a nie cokolwiek innego. Chcę namówić widza, aby spojrał spójrzał świeżym okiem!

1) Elżbieta Grabska, Hanna Morawska – “Artyści o sztuce : od van Gogha do Picassa”, PWN
2) Barbara Majewska – “Sztuka inna, sztuka ta sama” – Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe .”

X.2008

Dyptyk 2008, 2×190/100


Bez tytułu

dyptyk (1/2)
Olej/wosk na płótnie
190/100cm
2008


Bez tytułu

dyptyk (2/2)
Olej/wosk na płótnie
190/100cm
2008

Bez tytułu, 40/40cm


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
40/40cm
2008

Seria obrazów w formacie 200/150


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
200/150cm
2008


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
200/150cm
2008


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
200/150cm
2008


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
200/150cm
2008


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
200/150cm
2008


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
200/150cm
2008


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
200/150cm
2008


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
200/150cm
2008

Bez tytułu (czarny), 30/30


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
30/30cm
2008

Kilka obrazów z 2007 r.


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
50/40cm
2007


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
40/33cm
2007


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
80/60cm
2007


Bez tytułu

Olej/wosk na płótnie
150/80cm
2007